| |
Sto i internetowy kaming ałt
czwartek, 13 marca 2008 || 02:09:31
Długo się nie mogłem zebrać, żeby coś wreszcie napisać, ale nareszcie się udało. Czasem potrzeba silnego impulsu. No to jest impuls.
Notka miała być jakaś specjalna. Podsumowanie. Bo to notka numer sto. Choć tak naprawdę numer 101, bo po drodze pojawiła się jedna taka, która nazywała się „Pocieszacz”, a którą usunąłem w chwilę po zamieszczeniu. Nie liczę „Wizji...”, która pojawiała się dwa razy, ale uważam ją za jedną notkę.
No i miała być notka specjalna, to może w pewnym sensie będzie. Tylko to nie będzie podsumowanie 100 not, czy też jakaś lista przebojów. Podsumuję sobie swoje życie. Tak sobie a muzom, a Wy możecie też poczytać i pokomentować.
Nazywam się (...)*. Urodziłem się (...)*. Byłem dzieckiem zaplanowanym, z prawowitego łoża. Dlatego też narodziłem się w wakacje i nigdy w zasadzie nie miałem możliwości, by świętować urodziny.
Nic ciekawego nie działo się u mnie w zasadzie do pewnego momentu. Całe życie chodziłem z mamą i rodzeństwem do kościoła, w pewnym momencie zostałem ministrantem, bo mi się nudziło na kościele. W szóstej klasie podstawówki po raz pierwszy związałem się z dziewczyną. Już wówczas wierzyłem w to, że można być z jedną osobą przez całe życie. Już wówczas chciałem się żenić. Rozstaliśmy się po trzech miesiącach, a ona przyniosła do szkoły listy, które do niej pisałem, i pokazała koleżankom. Wtedy zacząłem się panicznie bać kobiet.
Wtedy też mniej-więcej zacząłem mieć kłopoty z czystością. I dobra, może to brzmi jak jakieś świadectwo z „Miłujcie się”. Ale ja bardzo lubię to pismo. I ono samo pomogło mi bardzo poradzić sobie z samogwałtem.
Na początku nawet nie wiedziałem, że to grzech. Później właśnie trafiło w moje ręce owo pismo. I po lekturze w towarzystwie kilkorga prześmiewców z KSM zacząłem się zastanawiać. Wkrótce rozpocząłem spowiadanie się z tego grzechu. A później zauważyłem, że mam z tym poważny problem.
Wtedy właśnie uwierzyłem, że jeśli Bóg da mi Jedną, Wielką, Prawdziwą i Nieskończoną Miłość, dla której będę mógł się zmienić, to natychmiast się zmienię. Pojawiła się Gośka. I rzeczywiście. Cztery lata niemożliwego do pokonania nałogu zostało za mną. Z Gośką mieliśmy brać ślub. Dzięki niej przestałem się bać kobiet.
Niestety, okazało się w pewnym momencie, że gdzieś popełniliśmy błąd. Że nie jesteśmy gotowi na ślub. Wtedy po raz kolejny poczułem się oszukany. Nie wróciłem już do samogwałtu. Zacząłem się zagłębiać w erotykę. Rozstaliśmy się w zasadzie głównie przez to. Przestałem sobie dawać z tym radę, a ona nie potrafiła tego wytrzymać. Wcale jej się nie dziwię.
Potem było Seminarium. Najpiękniejszy rok mojego życia. Choć bywały duże porażki. Na tle mojego uzależnienia od erotyki również. Również na seminaryjnych komputerach w tamtejszej kafejce. Raz mnie przyłapano. Na szczęście dokonał tego jeden ze starszych kolegów. Skończyło się na panice, płaczu, spowiedzi i reprymendzie. Do rektora nie dotarło.
Nie wywalono mnie za erotykę. Ani za inne złe rzeczy. Jak wiecie, wywalono mnie za bloga. I tylko czasami sobie myślę, że być może Pan Bóg chciał mnie jakoś za to wszystko ukarać. I mnie pożegnał w roli kapłana. Tak, starałem się. I wydaje mi się, że robiłem dużo dobrego. Ale było też we mnie wiele zła. Nadal jest.
Nie mogę powiedzieć, że z erotyką sobie poradziłem. W tej chwili jestem abstynentem od Środy Popielcowej. Zresztą, wiąże się to wszystko też z czymś, o czym chwilowo nie napiszę, o czym część z Was wie (ale również nie napisze), a czego nie da się do końca pokonać przez zwykłe zerwanie z erotyką.
Po Seminarium była Aneta, Monika i bagienko. Myślę że to, iż pozwoliłem sobie na zapuszczenie się w bagienko, zaowocowało powiększeniem się nałogów. Kobiet się bałem jeszcze bardziej i w zasadzie ten strach próbowałem pokonać przez dość przedmiotowe ich traktowanie.
A potem pojawiła się Ola.
O tym też już wszyscy wiecie.
I może myślicie „No, teraz to się nie może nachwalić, teraz jest super”. Otóż nie do końca. Prawda jest taka, moi drodzy, że jestem szczęśliwy. Tak szczęśliwy, jak jeszcze nigdy nie byłem. Kocham. Jestem kochany. Bierzemy ślub i planujemy rodzić dzieci. I staramy się żyć po katolicku. Jak prawdziwi, ortodoksyjni katolicy. Jak Boży Wariaci.
Tylko nie zawsze się to udaje. I nie tylko o kwestię czystości chodzi. O to akurat w małej mierze. Oczywiście mówię o nas, a nie o mnie, który to w dalszym ciągu mam problemy związane z erotyką. Mówię o nas.
Kłopoty z modlitwą. Mało i rzadko. Choć prawie codziennie modlimy się razem przed zaśnięciem. Do kościoła na tygodniu się tak strasznie nie chce. Na rekolekcje też nam za daleko. I co, niby studiuję tę teologię, ale do Boga jakoś wcale mi nie bliżej.
To znaczy nie, nie do końca. W zasadzie to bliżej niż wcześniej. Dużo bliżej niż wtedy, kiedy byłem sobie w bagienku. Ale chyba nie do końca tak blisko, jakbyśmy tego chcieli. I czasem rodzi się bunt. Dlaczego niektóre rzeczy wyglądają tak, a nie inaczej. Dlaczego niektóre rzeczy Bóg stworzył właśnie tak? I czy to jest sprawiedliwe?
Czasem się podnosimy. Zwracamy się w stronę krzyża. Wkładamy w to wszystko więcej serca. Ale często upadamy. Często zapominamy, że Bóg jest pierwszy. Że zawsze był. Był zanim czas nastał. Musimy sobie o tym bardzo intensywnie przypominać. To wcale nie jest takie łatwe.
Katolicyzm nie jest łatwy. Nigdy nie był. Bycie w Kościele wymaga poświęceń. Może właśnie dlatego tak wiele osób z tego rezygnuje. Szuka łatwiejszej drogi. My nie zamierzamy. Nie będziemy szli na łatwiznę. Nawet, jeśli czasem niektóre rzeczy wydają się być takie głupie, niepoważne. I niesprawiedliwe.
I jest Bóg.
I miłość wystarczy. Nie dlatego, że niby jest czymś magicznym, co zastąpi wszystko. Raczej właśnie dlatego, że zawiera wszystko w sobie. A to oznacza, że wszystko wystarczy. Tylko czy nie prościej powiedzieć: miłość.
I tak, wiem, jestem wielkim grzesznikiem. Ale kocham. Umiem kochać. Bóg mi pozwala. Za wszystko chwała Panu.
Rzuciłem polonistykę. Nie wyrobiłem na dwóch kierunkach. Zostaję na teologii. Zamierzam być w tym dobry. Zamierzam się nawrócić. Całe życie oddać Panu. W końcu Mu przysięgałem...
Będzie dobrze.
Obiecuję.
Oto ja. Nagi. Niemalże. Tak, są rzeczy, o których jeszcze nie czuję się gotów mówić. O których Ola nie czuje się gotowa, bym mówił. Ale przyjdzie czas. Przyjdzie czas.
Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni.
Dziękuję wszystkim, którzy wysłuchali i nie kiwają głowami. Tym, którzy kiwają, też dziękuję.
I zapraszam na Jasmine. Siedmiopak Sapkowskiego do wygrania :).
* Z pewnych przyczyn niektóre dane zostały ocenzurowane. Osoby, które chcą wiedzieć kim jestem i tak pewnie dobrze to wiedzą.
komentarze [8]
Indeks notek
Fatalne skutki edukacji seksualnej
poniedziałek, 18 lutego 2008 || 00:25:12
Na naszym ulubionym lewicowo antykatolskim portalu informacyjnym zwanym Pardonem odkryliśmy dziś artykuł o tym, że w GB pojawiła się propozycja sterylizacji (oczywiście na pewien czas) nastoletnich dziewcząt, co miałoby być obowiązkowe, a miałoby jednocześnie zapobiec pladze ciąż wśród nieletnich Brytyjek. TUTAJ daję link do tego artykułu.
Pomysł polegać ma na tym, że dziewczętom w wieku 12-17 lat wszczepia się (wkłada?) coś, co ma zablokować ich płodność na około 5 lat. Dzięki temu rodzice dziewczynek będą mogli swobodnie wypuszczać je na imprezy nie obawiając się, że po wypiciu kilku drinków mogą przyjść z towarzyszem w brzuchu, którego to towarzysza należałoby później albo odchować, albo odskrobać.
Edukacja seksualna w Wielkiej Brytanii jest na poziomie niezwykle wysoko rozwiniętym, a antykoncepcja dostępna niemal każdemu bez problemu. Wszyscy doskonale wiedzą do czego służy i jak działa (oczywiście prawdopodobnie nie licząc skutków ubocznych). Powstał pomysł, by antykoncepcję rozdawała na życzenie pielęgniarka w szkole, a tabletki 72h były przepisywane dziewczynkom bez wiedzy rodziców. Wszystko jest jak najbardziej w porządku. Tylko odsetek ciąż wśród nastolatków jest również najwyższy w Europie.
Niektórzy komentują artykuły za/przeciw aborcji w następujący sposób: aborcja owszem, powinna być dostępna, ale pod warunkiem ogólnie dostępnej antykoncepcji i edukacji seksualnej. Ci sami ludzie czytają artykuły takie, jak ten, który przytaczam. I tam mówią, że owszem, cudownie, w GB edukacja seksualna na poziomie jak najbardziej europejskim, a odsetek ciąż wśród nieletnich nie jest spowodowany tym, że coś w tych kwestiach wymknęło się spod kontroli, lecz faktem, że nastolatkowie są niemądrzy i nie korzystają z tego, co się im na niezbędnych dla ich zdrowia i życia zajęciach przekazuje. Czyli Polska i Polacy sobie nie radzą, bo nie ma edukacji seksualnej, antykoncepcji ogólnodostępnej i aborcji na życzenie. Brytyjczycy natomiast nie radzą sobie, bo bardzo się starają mądrze mówić, ale nikt ich nie słucha. "Człowieczku katoprawicy. Przeczytaj DOKŁADNIE ARTYKUŁ. A szczególnie końcówkę. Nastolatkowie wiedzą wszystko o możliwościach zabezpieczania sie, ale tego nie robią, to nie wina edukacji seksualnej, ale głupoty młodych ludzi. A co do wieku inicjacji: to zależy od człowieka. Jedni chcą szybciej, z byle kim; a inni z kimś wyjątkowym."
Jeśli fakty nie zgadzają się z waszymi urojeniami to tym gorzej dla faktów.
Jestem jak najbardziej zwolennikiem edukacji seksualnej. Prawdziwej i rzetelnej. Powinna ona odbywać się w domu rodzinnym. Wiem, nie mogę powiedzieć, póki co nie mam dzieci. Ale mam nadzieję, że jak będę miał, to będę umiał im przekazać to, co najważniejsze.
Co najważniejsze:
1. Jedynym skutecznym w 100% sposobem na niezajście w ciążę i niezłapanie żadnej choroby wenerycznej jest wstrzemięźliwość seksualna.
2. Każdy, kto decyduje się rozpocząć współżycie seksualne, bierze na siebie odpowiedzialność za ew. skutki tego czynu, przede wszystkim za powstające w jego wyniku nowe życie.
3. Współżycie seksualne powinno odbywać się w towarzystwie tylko i wyłącznie osoby, z którą nie tylko chciałoby się spędzić życie, lecz spędzi się to życie, i z którą nie tylko chciałoby się mieć dzieci, ale i będzie się te dzieci miało. Czyli z własną żoną/mężem.
4. Antykoncepcja jest czymś złym nie tylko dlatego, że przynosi wymierne szkody dla organizmu (mowa zwłaszcza o antykoncepcji hormonalnej) przede wszystkim w postaci bezpłodności, choćby okresowej, ale głównie dlatego, że uczy egoizmu, dostępności seksu na zawołanie i czerpania przyjemności bez brania pod uwagę skutków.
5. Metody naturalnego planowania rodziny nie są antykoncepcją, ponieważ nie służą do tego, by zapobiec zajściu w ciążę, lecz do tego, by urodzić dzieci wówczas, gdy Bóg sam będzie miał ku temu ochotę. Nie są niezgodne z naturą, a opierają się wyłącznie na naturalnym rytmie biologicznym organizmu kobiety. Nie można też mówić w tym przypadku o skuteczności/nieskuteczności, bo nie stosuje się ich, by nie zajść w ciążę – a każde, nawet nieplanowane zajście w ciążę jest potwierdzeniem skuteczności NPR.
Oczywiście są to tylko najważniejsze punkty edukacji seksualnej, której powinni podejmować się wszyscy rodzice we wszystkich domach. I wtedy dopiero będziemy mogli powiedzieć, że nieplanowane zajście w ciążę dziewczęcia w wieku 12-17 lat jest skutkiem jej własnej głupoty, która oparła się edukacji seksualnej.
Nie musi tego robić nauczyciel. Pedagog. Psycholog. Ksiądz z ambony. Powinien zrobić to rodzic, a najlepiej oboje razem, mamusia i tatuś. A ich dziecko powinno czerpać przykład z rodzinnego domu i uśmiechać się do tego, co robią jego rodzice, na potwierdzenie słuszności ich własnych działań.
Bo spójrzmy na klasyczny model edukacji seksualnej. Uczymy jak zakładać prezerwatywę. Skąd wziąć tabletki. Jak i kiedy zażywać znaną i lubianą pigułkę „tuż po”. Dowiadujemy się jak zapobiegać niechcianym ciążom. A, no i oczywiście podkreślamy skuteczność metody antykoncepcyjnej zwanej kalendarzykiem małżeńskim (że zacytuję moją licealną panią pedagog: „Dowodem na skuteczność tej metody są moje trzy córki, rech rech rech”). Dzieci, mając ogólną wiedzę na te tematy, a także wszechobecny dostęp do antykoncepcji wyruszają w tany, szaleją, bawią się, korzystają z uciech cielesnych (niekoniecznie zapominając o użyciu prezerwatywy, w końcu nie ma 100% skuteczności, si?) i zachodzą w ciążę.
Cóż mogę powiedzieć? Katolicki sposób wychowania seksualnego jest z pewnością niezwykle restrykcyjny. Stosunek tylko małżeński. Wytrysk tylko w pochwie (żony). Żadnej antykoncepcji. Planowanie rodziny zgodnie z cyklami natury. To wszystko takie „katolskie i niemodne”. I tylko chciałbym widzieć odsetek dziewcząt zachodzących w ciążę w wieku 12-17 lat, gdyby każdy jeden rodzic włożył całe swoje serce i życie w przekazanie dzieciom tych potwornych, nieludzkich, restrykcyjnych metod. Myślę, że byłoby ich znacznie mniej.
Tak. Mówię: serce i życie. Bo nie chodzi tylko o słowa. Chodzi głównie o przykład. Bo jeśli w GB współczesne pokolenie nastolatków rodzi dzieci, to polecałbym najpierw, przed sterylizowaniem ich, sprawdzić, w jakim wieku byli ich rodzice, gdy ono się poczęło. I czy aby na pewno nie powinniśmy przypomnieć sobie tego, co zwie się przykazaniem miłości. Raz jeszcze...
komentarze [5]
Indeks notek
Tytuł niech będzie milczeniem
piątek, 8 lutego 2008 || 03:25:01
Spaghetti z sosem grzybowym, wymieszanym z ketchupem i sosem koperkowym (mam nadzieję, że był jeszcze wystarczająco świeży...). Niestety, Warszawa to nie Bełchatów, nie można sobie wyskoczyć na kebaba w środku nocy (sic!). Spaghetti dość smaczne zresztą. Ach, zapomniałbym o serze. Z serem jeszcze. Przygotowując je pewnie przebudziłem parokrotnie Goodwitcha, bo mi się garnki rozwalały po kuchni... Zjadłem i zamiast się uczyć na romantyzm, to piszę. Mam nadzieję, że zdążę przed 4, żeby mi MyLoga nie zamknęli...
Od dawna marzę o napisaniu trzeciej riposty, bo Zgredzik powoli przegina pałę (żartuję, żartuję, nie denerwuj się, Świerszczyku. Naprawdę uwielbiam Twoje komentarze). Chciałem też jednak dać odpowiedź Zbulwersowanej, czyli Hugo wie komu, ale chyba Ola już wystarczająco odpowiedziała. No cóż, wyszedł inny temat. Ważniejszy i poważniejszy. Choć może, jak zwykle, nie powinienem się wtrącać. Choćby dlatego, że moja poprzednia notka zaginie w czeluściach mojej wszechwiedzy połączonej z boskością nie tylko wobec Was, ale i wobec mnie samego.
Najpierw euforia i śmiech, choć chyba nie radość. Niektórzy może odczuwali radość, może odczuwają ją do tej pory. Może będą odczuwać niezależnie od zależności. Ja się nie cieszyłem. Gratuluję i zazdroszczę – to owszem. Ale nie wiem do końca komu i czego. Czego mogę albo powinienem zazdrościć czy gratulować.
Najpierw euforia, dziki telefon do Najdroższej, wiadomość GG do Goodwitcha (gdyż z Krzakiem akurat rozmawiała – nie tylko Mojżesz takie cuda potrafi), potem jakiś czas spędzony na szaleństwie w towarzystwie wspomnianej wcześniej Goodwitch (nie pomnę w co była ubrana, ja zresztą również za skromnie się w owym czasie nie nosiłem; ach, te studenckie komuny... :). A potem odprawienie Goodwitcha na spoczynek, zabawa w spaghetti i przemyślenia, przemyślenia, przemyślenia.
Karol... Karol... Karol...
Zaczynam i nie wiem od czego zacząć, a zaczęcie takie długie jak zwykle u mnie. Po pierwsze odniosę się do tego, co Zgredzik mawia: w Prawie kazali kamienować matkę wraz z dzieckiem, jeśli było nieślubne. Mamy wszyscy wielkie szczęście, że przyszedł Jezus i powiedział „Kto jest bez winy...” i takie tam. Widzisz, Karolu, dałeś mi chyba niechcący możliwość, bym jednak odpowiedział Zgredzikowi. Ciesz się więc, że dziś obowiązuje przede wszystkim Prawo Miłości, a nie Prawo Mojżeszowe. I że jedyne kamienie, którymi oberwiecie od wierzących, to kamienie słów i gestów, a nie prawdziwe skały...
Po drugie, powinieneś się spodziewać i nie mieć do nikogo pretensji, że zostaniesz tymi kamieniami obrzucony. Że pojawią się opinie podobne to tej, którą wydał/a Anonim. O Wiolę raczej chyba nie musisz się martwić. To nie ona była animatorką, nie ona działała prężnie w Oazie, nie ona tylu ludzi napominała, jak należy żyć. A nawet jeśli, to wystarczająco cicho, by nikt jej o to nie podejrzewał. Nie, nie żyjemy w czasach Starego Testamentu, gdy mężczyzna był nieczysty aż do wieczora, a kobietę kazali ukamienować wraz z dzieckiem. I nie przypuszczam, by zbyt wiele kamieni uderzyło w nią, chyba, żeby liczyć te, które trafiają w Ciebie, a ją bolą równie mocno. Powinieneś się spodziewać, że Ty oberwiesz, i nie powinieneś się bać o Wiolę. Anonim rzucił w Ciebie. W Ciebie, który wszystko potrafisz napisać tak, by wyglądało, jakbyś znów był górą, jakby znów wszystko Ci się udało. Przeczytaj jeszcze raz swoją notkę. Przeczytaj jeszcze raz swój komentarz w odpowiedzi do Anonima. Pomyśl o księdzu Węcławskim, wielkim teologicznym autorytecie, który przez lata nauczał, a dziś twierdzi, że Jezus Bogiem nie jest. Że Kościół nie istnieje. I wciąż, wciąż naucza z tą samą mocą i pewnością. I pewnie to samo dokładnie co Ty myśli o kamieniach lecących w jego stronę. Tylko to nie są tak naprawdę żadne kamienie. To jest tylko prawda.
Grzeszy człowiek. Grzeszy sklepowa, praczka, stolarz, biznesmen i informatyk. Grzeszy ksiądz i zakonnica. Papież też grzeszy. I święty Augustyn mówił: nie patrzcie na mnie, bo jestem grzeszny. Słuchajcie tylko tego, co mówię, bo przekazuję słowa Chrystusa. I św. Katarzyna Sieneńska mówiła, że jeśliby brudny, zmęczony posłaniec przyniósł ci bardzo ważną wiadomość, to i tak byś ją przyjął, bez względu na posłańca. Ale wiesz od czego są święci? Od tego, że człowiek poszukuje przykładu tutaj, teraz, blisko siebie. Chce widzieć Jezusa blisko, w człowieku obok. Bo po to Jezus zostawił nam Kościół, żebyśmy szli i owoc przynosili. I dla mnie nie jest obojętne, czy ksiądz, który potępiał mnie jako kleryka, za chwilę odszedł z kapłaństwa dla byłej dziewczyny swojej. Nie, ale ja nie patrzę na tego człowieka jak na wysłańca Bożego, jak na obraz Jezusa. Ja. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że są osoby, które potrzebują mieć blisko siebie kogoś, kto świeci nie tylko słowem, ale i przykładem.
Nie powinieneś się więc dziwić, że rzucają w Ciebie kamieniami. I że nie rzucają nimi w innych. Że w życiu nie rzuciłbym nimi np. w mojego szkolnego kumpla Bila, któremu w tej chwili gorąco zazdroszczę dzieciątka, mimo, że nadal nie wziął ślubu. Że nie rzuciłbym w moją kuzynkę, z którą muszę się wkrótce spotkać (może zrobi nam pazurki na ślub? :). To tylko przykłady. Nie rzuciłbym nie dlatego, że oni nie popełnili grzechu, a Ty owszem. Nie rzuciłbym dlatego, że oni nigdy nie twierdzili, że byłoby w tym coś złego. Dla nich zawsze było to coś normalnego. Ot, wpadka, wypadek przy pracy. W Ciebie też nie rzuciłbym kamieniami. Ale nie dziwię się i dziwić się nie będę, że są ludzie, którzy to robią i będą robić. Wiesz dlaczego? Bo to Ty ich pouczałeś. Mówiłeś im, co jest dobre a co złe. Wywoływałeś w nich poczucie grzechu, poczucie winy. Pchałeś ich do konfesjonału. I wszyscy wiemy, że robiłeś to też przez wzgląd na siebie. Na swoje wyrzuty sumienia. Na swoją słabość.
I nie mów, że nie spodziewałeś się tych kamieni lecących w Twoją stronę. Że się ich nie bałeś. Że nie uważałeś ich w dużym stopniu za słuszne. Obaj wiemy, że to prawda. Są pewnie rzeczy, o których nie wiesz, o których jednak nie będę Ci pisał ani tu, ani prywatnie. Jest mnóstwo rzeczy, o których wiesz. I wiemy obaj, że zawsze bałeś się, co pomyślałaby Twoja grupa Oazowa. Wiedziałeś, że mogą obrzucić Cię kamieniami. I dziś, tak myślę, powinieneś stanąć naprzeciw tego faktu. Dziś dowiadujesz się, co pomyślałaby. Wiesz, co myśli. I dziś, jak myślę, powinieneś pochylić głowę. Nie tylko przed Bogiem. Przed ludźmi, którzy Ci wierzyli, którzy Cię słuchali, którzy się w Ciebie wpatrywali również. Przed tymi, których uczyłeś, a którzy uśmiechali się pod nosem widząc, jaki jesteś w rzeczywistości również. Bo oni dziś powiedzą Ci: „A mnie pouczał”. Tak Ci powiedzą. Choć możesz tego bezpośrednio nie usłyszeć.
Czytałeś Grosera? Kojarzysz Zuzannę? Nikt jej nie potępił. Z wyjątkiem jej samej. "Nie płaczcie nade mną, lecz nad dziećmi swoimi" - jakoś tak mówił Jezus do płaczących niewiast. Na Twoim miejscu wziąłbym przykład z Zuzanny. Troszeczkę pokory...
Po trzecie z nikim się nie ścigamy. To tak na wszelki wypadek, żeby nie było. Zarezerwowaliśmy sobie datę na 13 września, żeby móc zrobić skromne przyjęcie. Owszem, gdybyśmy zrezygnowali z przyjęcia, bralibyśmy ślub wcześniej. Gdybyśmy zagrali trochę bardziej niezgodnie z zasadami – również. Nie uważam czekania za coś bezsensownego – pod warunkiem, że jest na co czekać, co już kiedyś powiedziałem. I my dziś czekamy i czekać będziemy na ślub. Jako sakrament. Dar od Boga. Ale muszę przyznać, im dłużej czekamy, tym ciężej. Choćby dlatego, że coraz bardziej okazuje się, że czekamy np. na to, by niektórzy ludzie uznali fakt, że jesteśmy razem i że wszystko uważamy za wspólne. Taka mała odskocznia od tematu, bo obawiam się, że w tej małej dyskusji wokół Józka i nam się trochę oberwało.
Po czwarte, powrócę do tematu, po czwarte cieszę się, że się cieszysz. Że jesteś w stanie po tak długim czasie niezdecydowania podjąć naraz wszelkie poważne, życiowe decyzje i nie mieć nagle wątpliwości, że tym razem wszystko się uda. Gratuluję, mam nadzieję, dojrzałego, mądrego podejścia, które w obliczu tego, co ja wyprawiam ze swoim życiem i ze swoimi życiowymi decyzjami musi wydać się mistrzostwem. Gratuluję faktu, że pracowałeś nad tym wszystkim tak niemiłosiernie długo, iż nagle wszystko wypracowałeś. Cóż... Tak przynajmniej wynika z Twojej notki. I zobaczymy jak okaże się być w rzeczywistości. Wszystko to tylko, niestety, w moich oczach, przyćmiewa fakt, że tu chodzi o Ono. O dziecko. Nie o Ciebie, o Wiolę, o Was. Przede wszystkim o dziecko. I, pozwól, że wyrażę swoją opinię, wydaje mi się, że gdybym ja był Tobą, a gdyby nie chodziło o dziecko, te wszystkie decyzje (choć z tego, co mi się zdaje, prawdopodobnie decyzję o pokochaniu podjęliście wcześniej) nie podjęłyby się tak mądrze nagle po tylu latach rozmyślań i doświadczeń, lecz jeszcze swobodnie by poczekały.
Myślę, czysto subiektywnie, że w moich oczach to wszystko usprawiedliwiłby tylko fakt, że rzeczywiście to dziecko jest, bo nie mogliście się już go doczekać. Ale to pewnie dlatego, że swoje postępowanie mógłbym próbować tak usprawiedliwiać w podobnej sytuacji.
Idę se herbatkę strzelić.
Po piąte. Każde dziecko jest cudem. Ale każde dziecko jest cudem nie dlatego, że jego rodzice cudem go uczynili. Cudem uczynił je Bóg. I bardzo, bardzo często to, jak i dlaczego uczynili je rodzice z cudem nie ma nic wspólnego. Dlatego powinieneś, choć nie, nie będę pisał co powinieneś... Ja na Twoim miejscu powiedziałbym o tym światu trochę inaczej. Dokładnie. „Popełniłem (nie zrzucając winy na to czarodziejskie MY) wielki błąd. Prawdopodobnie największy błąd w moim życiu. Bóg jednak jest w stanie ze wszystkiego wyciągnąć dobro. Z każdego zła. I mimo mego wielkiego grzechu, który zranił nie tylko mnie, ale również moją dziewczynę, moich najbliższych, moją grupę Oazową, przede wszystkim moje dziecko, jestem szczęśliwy. Nie jest prawdą, że nie ma nad czym płakać. Bo jest. Ale jest też z czego się cieszyć. Bo Bóg powierzył mnie, takiemu grzesznikowi, nie tylko niezwykle ufną kobietę (bo jak można zaufać komuś takiemu jak ja?), ale również nowe życie, które dostaję za zadanie wychować na mądrego, mądrzejszego niż ja, dorosłego człowieka”. Tak bym powiedział ja. Bo jest się z czego cieszyć. Ale nie ma żadnego powodu, by tą radością usprawiedliwiać zło, które jest na samym początku.
Cała Twoja notka, a już zwłaszcza komentarz dany Anonimowi, przypomniał mi to, jak kiedyś napisałeś: „Mamy święte prawo traktować te dwa słowa niemal na równi z sakramentem. I zachować je na odpowiednią chwilę (tak, wiem, tak właśnie powinienem był traktować płciowość. Za późno, ale płakać z tego powodu więcej nie zamierzam, tylko żyć dalej).” Coś w rodzaju: jest wiele cudowności w tym co i jak robię, a od tego co złe, pozwólcie, umyję ręce. Bardzo mi przykro, ale właśnie tak to odebrałem.
I na koniec, bo nie chcę, żeby mi MyLoga zamknęli, przyłączę się do tego, co Ci Goddwitch napisała: „Karol… Karol… Karol… gratuluje rodzącego się ojcostwa:)”. Odpowiedziałeś, że mówi do Ciebie ludzkim głosem. Owszem. Ludzkim. Ale przede wszystkim: do Ciebie. I znam Cię tylko z opowiadań (kilku różnych świadków), nie będę więc wystawiał ocen. Jednak przypominam, że to, co my z Olą wyprawiamy, jest bardzo małym wariactwem w stosunku do tego, co wyprawiacie Wy. A najbardziej Ty – który tyle mówiłeś o gotowości do miłości, o dorastaniu, o poważnych decyzjach, a nie takich hop-siup. Więc powiem Ci, musisz bardzo szybko urodzić w sobie to ojcostwo. Bo już jesteś tatą. Nie zapominaj o tym.
Dodam jeszcze, że najgoręcej modlę się o Wiolę i dziecko. Bo to oni spędzą w Twoim towarzystwie resztę życia. A potem o Ciebie, żebyś okazał się rzeczywiście być na to gotowym. Pamiętną Burzę, którą śmiem zwać z dużej litery, a która wszystkim nam dała bardzo do myślenia, wywołaliśmy (a w zasadzie ja wywołałem) po to, aby nie doszło do tego, do czego doszło. Cóż. Nie udało się. Dziś już nie chcę wywoływać więcej burz. Nie obrażę się, jeśli ktoś zechce mi dać komentarz w stylu „tu byłem”, na który odpowiem i zamkniemy temat.
Gratuluję nie wiem czego i nie wiem komu. Już nie zazdroszczę. Poczekam do września.
I postaramy się przyjechać 12 kwietnia. Jak tylko Pan Bóg pozwoli. Dziękuję za zaproszenie.
komentarze [6]
Indeks notek
Wstęp do Wielkiego Postu
środa, 6 lutego 2008 || 07:34:05
Miało być najpierw o Historii Zbawienia. Miała być odpowiedź na napastliwe komentarze. Miało być mnóstwo różnych rzeczy. Miało być pisane z mocą, werwą i znawstwem. Miało być. I się nie mogłem zebrać.
Będzie o mnie. Nie o mnie jako o mistrzu, nie o mnie - wszechwiedzącym. Jak niektórzy lubią mówić - jak o czwartej osobie boskiej. Jak o członku świętej (prawie) rodziny. Bo dziś po raz pierwszy od bardzo dawna zapłakałem nad samym sobą.
Nie będę się przed Wami spowiadał ze swoich grzechów. Problemów. Nałogów. Nie dlatego, że nie chciałbym. Nie, bo pragnę gorąco wyrzucić to wszystko z siebie, powiedzieć Wam, nie kryć tego w sobie. Nie zrobię tego, bo boję się o moich najbliższych. Bo odkąd Bóg dał mi kogoś, kto mnie naprawdę kocha, muszę zawsze pamiętać, że wszystko, co robię, ma konsekwencje nie tylko w stosunku do mnie, lecz także w stosunku do niej. Więc nie będę się przed Wami spowiadał.
26 listopada napisałem w pamiętniku przysięgę. Z mocą i mądrością, "Panie Boże, przysięgam Ci". Jeah, ja, najbeściejszy, jak tylko będę chciał, dam radę. No i co? Okazało się, że nie dałem. Nie, nie jestem mistrzem świata. Nie jestem Bogiem. Bóg jest jeden. Ja? Ja jestem taki malutki. Tylko to zazwyczaj jest gołosłowie. Chyba wszyscy chcieliby się czuć wybrańcami Bożymi. Największymi z największych. A Bóg? Bóg uczy nas pokory.
Dziś jakoś mi przyszło do głowy, żeby sobie poszukać Jesus Christ Superstar na Youtube. I jakoś przez przypadek kliknąłem w pieśń o Ostatniej Wieczerzy. Kiedy zaczęli śpiewać, ja zacząłem płakać... Nie pamiętałem, że ten kawałek był z owego musicalu. Macie, podlinkuję Wam: PIOSENKA. Śpiewają to na początku, a potem po odesłaniu Judasza. Słuchając to śpiewałem sobie po polsku. Ryczałem i wyłem, błagając Boga o pomoc. Boże! Boże, jestem nikim! Prochem... Tylko Ty dajesz mi moc. Siłę. Każda chwila mojego życia ma miejsce tylko dlatego, że Ty na to pozwalasz.
Dostałem czas. Jeszcze żyję. Nie wiem jak długo, nie wiem jak dużo życia każdemu z nas zostało. Dostałem czas, żeby się nawrócić. Nawrócić to nie tylko - odwrócić się od złego. Nawrócić to przede wszystkim odwrócić się w stronę Boga. Paść na kolana. I błagać o przebaczenie.
Dziś zapisałem coś w pamiętniku po raz pierwszy od dwóch i pół miesiąca. Zapisałem słowa tej piosenki. I błaganie o ratunek. I te dwa słowa: Wielki Post.
Domyślam się, że pod tą notką komentarzy za dużo nie będzie. Szukamy sensacji i plotek, a nie czyjegoś wyznania grzechów. Jednak pewnie to przeczytacie. Więc mówię do Was, ja, wyjący o błaganie do Pana: padnijcie na kolana. Wielki Post.
komentarze [4]
Indeks notek
Kurs na Irlandię
sobota, 19 stycznia 2008 || 01:36:13
To, co się dzieje, zaczyna mnie (nas?) coraz bardziej denerwować. Plany wprowadzenia in vitro opłacanego z budżetu, a tym samym publiczny obowiązek przykładania ręki do zabijania nienarodzonych, totalnie mnie rozwaliły. Nie mam pojęcia o co temu wściekłemu światu chodzi. Skąd takie pomysły, żeby człowiek stawiał się w miejsce Boga? Ostatnio przeczytałem książkę pani Rosy Alberoni pt. „Wygnać Chrystusa”. Świetna lektura, polecam każdemu, zwłaszcza osobom zainteresowanym ostrym debatom na tle filozoficznym. Tak czy inaczej – pani ta wkłada mnóstwo serca w opisanie tego, jak ludzie, począwszy od XVIII wieku, zabrali się za wyrzucanie z umysłów ludzkich wszystkiego, co związane z Jezusem, z wiarą, z Prawdą, a nawet z metafizyką. To naprawdę zabawne, że dziś przez to nauki, które przez wieki stały na szczycie i na których opierało się życie świata, czyli filozofia i teologia, dziś są wyśmiewane i równane z parterem. Bo rozwinięto nauki szczegółowe, które sprawiły, że to wszystko już niepotrzebne... A przy okazji wykształciło się coś, co nazywa się relatywizmem. Każdy człowiek ma prawo mieć swoje poglądy filozoficzne (i nikt nie ma prawa powiedzieć, że w rzeczy samej są to rzeczywiście poglądy filozoficzne), swoją wiarę (bo oczywiście i ateiści są wierzący: wierzą, że Boga nie ma), swoją moralność. Kartezjańskie „cogito, ergo sum”, bo od tego wszystko się zaczęło, wprowadziło w życie ludzkie to totalne pomieszanie, które sprawia, że wydaje się człowiekowi, iż prawdziwym jest to, co on uzna za prawdziwe. Nagle ludziom brakuje pokory. Pokory nie tylko przed samym Bogiem. Pokory choćby przed złożonością, skomplikowaniem świata. Przed tym, że rzeczywistość istnieje w rzeczy samej poza rozumem człowieka i niezależnie od niego. Człowiek nie jest bogiem, który decyduje o tym, czy coś jest, czy nie jest. Ale dziś, gdy wiara i filozofia (czyli prawdziwa mądrość) są wyśmiewane, niejednemu wydaje się, że właśnie bogiem jest.
Przytoczę krótki fragment książki pani Alberoni. Ten, który najmocniej chwycił mnie za serce.
„Gdyby Kartezjusz mógł przewidzieć, że ludzie, wykorzystując jego formułę cogito, ergo sum, dojdą do tego punktu, byłby ją zachował dla siebie.
Jednak formuła ta, wbrew woli filozofa, tak głęboko zakorzeniła się w mentalności istot ludzkich, że skłoniła również zwykłych ludzi do działania zgodnie z tą samą logiką. Dzisiaj, jeśli para, która nie jest głęboko wierząca w Chrystusa, zapragnie mieć dziecko – zatem pomyśli o tym, by je mieć – dziecko zaistnieje i będzie mieć godność istoty ludzkiej od pierwszego drgnięcia embrionu w matczynym łonie. Ponieważ technologia na to pozwala, ogarnięci ciekawością i niepokojem, czy istnieje naprawdę i czy to nie złudzenie, zaczynają robić USG od początku drugiego miesiąca. Widząc na monitorze bijące serce płodu, wzruszają się. A zatem jest, pomyśleli, by je mieć, więc istnieje, ma godność dziecka. I zaczynają je adorować, kołysać w swoich myślach jako istotę ludzką, stworzoną na ich obraz i podobieństwo, patrzą, jak raczkuje, krzyczy, kaprysi, kochają je. Jeśli natomiast nie myśleli o tym, by je mieć, lecz poczynają je przez nieuwagę, przeszkadza im już sama myśl, że to mogło się zdarzyć. Nie „podoba im się” posiadanie dziecka, gmatwa ono ich plany życiowe, więc nie jest to już istota ludzka w zarodku, lecz tylko embrion, zlepek komórek, których trzeba się pozbyć. Nie pomyśleliśmy cię, więc nie możesz istnieć.” (Rosa Alberoni, Wygnać Chrystusa, Warszawa 2007, str. 171-172).
Czyż to nie jest zaskakujące, jakie to oczywiste? Dziś na PUDELKU przeczytaliśmy artykuł o tym, że Lily Allen straciła dziecko przez poronienie. Mnóstwo komentarzy od osób, które współczują tragedii i pocieszają, i mówią nawet, że nie powinno się takich rzeczy pisać, bo to zbyt prywatne. Zastanówmy się – nie nad tym, że to nie tragedia, bo ja również współczuję. Zastanówmy się nad tym, że komentują to te same prawdopodobnie osoby, które w artykułach na PARDONIE wypowiadają się za całkowitą wolnością aborcji, czyli decydowaniu kobiety o tym, czy chce rodzić, czy nie. Te same osoby, które dziś współczują Lily utraty dziecka, jutro wypowiedzą się za odskrobywaniem embrionów. Bo pierwsze dziecko było przez „właścicielkę” pomyślane do istnienia, a drugie, niestety, nie. Tylko ktoś tu chyba zapomniał, że to nie my jesteśmy właścicielami naszych dzieci. To nie my pomyślamy sobie kogokolwiek, by istniał. Robi to Bóg. Czasem niezależnie od nas...
Przy całym tym zamieszaniu doszliśmy do wniosku, że mamy tego dość i jeśli przyjdzie nam płacić z naszej kieszeni na in vitro, jedziemy do Irlandii. W Irlandii bowiem nie ma mowy o legalizacji aborcji, ani o opłacaniu in vitro z budżetu państwa, Irlandia pozostaje chyba ostatnią europejską ostoją normalnego, zdrowego myślenia. Cóż... prawie. Ostatnio, na blogu Oli, nasz współlokator GEJ poinformował nas, że szykuje się właśnie irlandzka ustawa o legalizacji związków homoseksualnych. Jedyne, co powstrzymało mnie przed wyrwaniem sobie włosów z głowy, to fakt, że tego się z budżetu nie opłaca. Choć pewnie będą jakieś ulgi, jak dla zwykłych małżeństw... I tak, o ile dotychczas uważałem, że dobrze się stało pod koniec XIX wieku, że zlikwidowano Państwo Kościelne, o tyle teraz po raz pierwszy zaczynam żałować. Że też nie ma żadnej możliwości zamieszkania na stałe w Watykanie...
Jeszcze a'propos związków homoseksualnych i relatywizmu, także w Kościele. Tym razem tylko w anglikańskim, ale klękajcie narody... LINK. Właśnie dziś na Pardonie przeczytaliśmy ten artykuł. O parafii anglikańskiej w Kanadzie, która będzie błogosławić śluby homoseksualistów. Jak pisze very bardzo mądra pani redaktor Magda H., „Wierni mają więc pełną kontrolę nad finansami swego Kościoła oraz jego działalnością polityczną. Mają też rzeczywisty wpływ na głoszoną przez ich Kościół naukę społeczną. W związku z tym stanowi ona raczej odzwierciedlenie poglądów tworzących Kościół ludzi, nie idealistycznych wyobrażeń oderwanych od realnego życia dostojników.” Pomyślelibyśmy, świetnie! Biskupy przestały się rządzić, teraz wszystko zależy od ludzi. A ja zapytam: ile jeszcze zależy od Objawienia? Od Pisma Świętego? Tego, które aprobuje tylko małżeństwa mieszane? Tego, które niszczy Sodomę i Gomorę? Tu już nawet nie mamy do czynienia z własną interpretacją PŚ. Tu mamy do czynienia z całkowitym odrzuceniem Go na rzecz demokracji w Kościele. Którego ja Kościołem już nazwać bym się nie odważył.
To wszystko doprowadza mnie powoli do białej gorączki. A ja się nie lubię wkurzać. Wyjechalibyśmy do Irlandii, ale są studia. I to jeszcze akurat studia, które chcę skończyć choćby ze względów ideologicznych. Więc nawet nie po to, by mieć lepszą pracę. A z drugiej strony Irlandia też przestaje być ostoją Prawdy. Kiedyś w podobnych sytuacjach katolicy szli na śmierć przez ukrzyżowanie, albo przez pożarcie, albo przez ścięcie. Już widzę, że wkrótce i nam, współczesnym, przyjdzie tak kończyć. Nie mogę powiedzieć, że w pewnym sensie o tym nie marzę. Taki powrót do źródeł. Odnowienie Kościoła. Któż by przypuszczał, że prędzej czy później to rzeczywiście będzie musiało nastąpić...?
A na koniec chciałem jeszcze powiedzieć, że mam już dość i że oni mogliby przestać nareszcie robić podchody, i przejmować się sesją, i znajdować mnóstwo wymówek, bo zbankrutują. A ja na ich miejscu wolałbym zbankrutować na kwiatki i Lawendowe Pola, niż na SMSy, o!
Tak przy okazji, jak ktoś ma o 1,22 za dużo, to może kliknąć w takie zielone po prawej, a może wygram laptopa :P.
komentarze [8]
Indeks notek
In vitro a dusza ludzka
sobota, 5 stycznia 2008 || 16:13:29
Przez Polskę przeszła fala dyskusji na temat zapłodnienia in vitro. Padły ostre słowa, zarówno ze strony przeciwników, jak i zwolenników. Jeden z komentarzy, które zdarzyło mi się czytać, twierdził, że Kościół jest przeciwko zapłodnieniu in vitro, bo kłóci się ono z dogmatami na temat nieśmiertelności duszy. Że niby tylko przez zapłodnienie naturalnym sposobem uzyskuje się efekt zwany duszą rozumną. Pozwolicie, choć pewnie zainteresowanie tematem już dawno minęło, a niewielu chętnych przeczyta co ja wymodzę, że również oddam swój głos w dyskusji.
Zacznę od tego, co jest najważniejsze, czyli dlaczego zapłodnienie in vitro jest złe. Otóż jest tak dlatego, że nie da się (w obecnym stadium rozwoju tej metody) i być może nigdy nie będzie się dało zrobić tak, by za pomocą jednego plemnika zapłodniono jedną komórkę jajową, w efekcie czego powstanie jeden zarodek, który rozwinie się w jedno żywe i zdrowe dziecko. W rzeczywistości powstaje wiele zarodków. Część z nich wszczepia się matce, większość z nich umiera, najczęściej rodzi się jedno dziecko. Pozostałą część zamraża się na przyszłe czasy. Na wypadek np. gdyby matka poroniła wszystkie płody umieszczone w jej brzuszku i potrzebowała ponownego umieszczenia kolejnych. Tudzież gdyby za kilka lat znów zechciała mieć dziecko. Z dużym prawdopodobieństwem jednak żaden z zamrożonych zarodków nie zostanie już nigdy ponownie wykorzystany. Będą sobie leżały w bankach zarodków, małe zamrożone ludziki, żyjące całą wieczność, nigdy nie mające się rozwinąć i urodzić.
Więc, aby urodziło się jedno dziecko, wiele innych musi oddać życie. A te, które nigdy nie zostaną wykorzystane, będą leżały w bankach, dopóki ktoś nie stwierdzi, że dosyć tego i że trzeba to wszystko spalić najlepiej. Albo zakopać obok odpadów radioaktywnych, no wiecie, tam, gdzie już nikt nigdy nie zajrzy, gdzie trzyma się wszystko, co niepotrzebne, ale niedające się zneutralizować. Jaki to argument, że zarodki nie zostają zabite, tylko zamrożone? Myślę, że już lepiej byłoby je zabić, niż kazać im żyć wiecznie. Nie, nie jestem zwolennikiem zabijania. Tylko kto z nas wolałby żyć w stanie wiecznej hibernacji?
I jeszcze jeden argument: dzieci są darem, a nie własnością należną. Ktoś, komu nie jest dane urodzić dzieci naturalną metodą, powinien spróbować zrozumieć, że dobry Bóg ma w tym jakiś cel. Że może chce od tego kogoś np. przyjęcia dziecka z adopcji? Zresztą zastanówmy się: jak wiele par rzeczywiście jest bezpłodnych z natury, a jak wiele z nich uległo przykrym skutkom antykoncepcji hormonalnej...
Ale o duszy miało być. Otóż argument twierdzący, że Kościół sprzeciwia się zapłodnieniu in vitro, bo wyklucza ono istnienie duszy, jest głupotą. Bo to nie Kościół daje duszę, nie doktorek w klinice, nie mamusia z tatusiem, tylko Bóg. I Bóg daje duszę człowiekowi zawsze w momencie, w którym człowiek ten zyskuje ciało. Bóg nie wkłada duszy tam, gdzie już jest gotowe ciało. Dusza powstaje wraz z ciałem, czyli na początku istnienia człowieka. Na początku istnienia zygoty. I to ona jest odpowiedzialna za dalszy rozwój człowieka, jego ciała i myśli. Jeśli człowiek płodzi istotę ludzką w naturalny sposób, istota ta zyskuje duszę w momencie zapłodnienia. Jeśli tworzy człowieka metodą in vitro, człowiek zyskuje duszę w momencie wytworzenia. Jeśli człowieka klonuje, klon otrzymuje od Boga osobną duszę w momencie sklonowania. Bo to nie od człowieka, lecz od Boga zależy istnienie dusz i to Bóg daje prawdziwe życie. Człowiek nigdy nie był i nie będzie panem życia.
A jeśli wymyśli komputer myślący, mający inteligencję równą człowiekowi? Robota, potrafiącego myśleć, tworzyć, kochać? Mającego swój własny charakter, sposób bycia, być może zaprogramowany, ale własny, osobisty, niezależny. Posiadającego własną wolność? To czyste sci-fi. Ale w pewnym stopniu prawdopodobne. Jeśli kiedykolwiek zdarzy się coś takiego, opisany przez nas robot, opisany przez nas komputer, będzie posiadał własną, niezależną duszę rozumną. Nadaną mu przez Boga. I nikt nie jest w stanie obalić tego dogmatu. Bo ten dogmat nazywa się Bożą miłością. A dokładniej ukochaniem do życia. I do wolności.
komentarze [11]
Indeks notek
Świąteczna notka nie wiem o czym, w tym także teoria kwadratu
poniedziałek, 24 grudnia 2007 || 02:55:41
Tradycyjnie. Bo świąteczna notka jest co roku. Najpierw była ta o walce Jezusa Chrystusa ze świętym Mikołajem (coca-colowym). Potem była o Marysi i o aborcji. A dziś będzie zupełnie nie wiem o czym i nie wiem, czy komuś się spodoba.
O modlitwie chyba.
Są w życiu przeróżne różne ciężkie momenty. Kłótnie i sprzeczki, i zrządzenia losu. Obrażamy się na cały świat. Zapominamy o innych. Najważniejsi jesteśmy my sami, nasze "ja", nasze wyrzuty sumienia. Nasze pomysły, my my my. Nic innego nie istnieje.
Wpadamy na jakiś pomysł, ktoś nam mówi, że to może nie do końca dobrze, to się denerwujemy. Owszem, zapominamy o całym bożym świecie. Z Bogiem na czele.
I chyba naprawdę niewielu z nas przypomina sobie o istnieniu Boga na czas.
To znaczy owszem - czasem sobie przypominamy. Albo cały czas pamiętamy. Tylko wówczas Go nie chcemy. Odrzucamy. "Nie Panie, teraz jestem wściekły, teraz nie chcę żebyś był przy mnie". Ja też tak mam. Zawsze tak miałem. Czasem darłem się na Niego, pod samo niebo.
A potem przychodzi to: "Duchu Święty przyjdź, niech wiara zagości, nadzieja zagości, niech miłość zagości w nas".
A dziś akurat, dla odmiany, przyszło to: MIŁOŚĆ TWA.
Siedzę przy komputerze i się śmieję w ekran. Bo jest mi cudownie. Bo jest Bóg. I Bóg na pierwszym miejscu. Przypomina mi, że jak Mu zaufam, jak o Nim nie zapomnę, to się wszystko, wszyściutko ułoży.
Nie wszyscy mi wierzą. Nie dziwię się. Nie na wszystkich może to działa. Nie wszyscy pewnie próbowali. A jednak po coś Bóg zszedł do nas jako człowiek. Po coś nauczał. Po coś zginął na krzyżu i po coś zmartwychwstał. Po to, żebyśmy kochali. Żebyśmy karmili się radością ludzi, których tą radością karmimy. Po to, by to, co dajemy, zwracało nam się nie podwójnie, lecz do kwadratu, i byśmy mogli to znów kwadratować i oddawać dalej. Tak to sprytnie Bóg wymyślił.
"Miłość Twa od najwyższych gór wyższa jest.
Wielka jest Wierność Twa, do nieba sięga wzwyż.
Miłość Twa głębsza niż ocean bez dna.
Wielka jest Wierność Twa, gdy do mnie zniżasz się."
A dlaczego to jest notka świąteczna? Bo Bóg do nas przyszedł i nam kazał kochać, i pamiętać o Nim?
A może po prostu dlatego, że dziś jest 24 grudnia...?
komentarze [4]
Indeks notek
Duc in altum
sobota, 22 grudnia 2007 || 01:36:10
"Nie bój się, wypłyń na głębię. Jest przy Tobie Chrystus."
Mamy mistrzów pływackich. Co pędzą jak strzała przez wodę, biją rekordy, wygrywają wyścigi. Mamy geniuszy od odległości, którzy nie boją się popłynąć wpław na drugi brzeg jeziora, zawrócić i płynąć z powrotem. Prawdopodobnie większość z nas patrzy na nich z zazdrością. Albo z podziwem. Bo my tak nie umiemy. Makota to nawet wymiata, no, Piętuś też, mnie się nawet z Dzikiem raz udało przepłynąć Rejów wpław. Na takim wąskim odcinku. No, przyznajmy, Otylka to z nas żadna. Ale jakoś tam jednak pływamy. Najpierw nauczyłem się na pleckach. Dawno temu. W Ciechanowcu. A potem jakoś poszło. A na samym, samiuśkim początku wszedłem do wody.
Człowiek staje nad brzegiem basenu i mówi sobie, że nie umie pływać. Musi się nauczyć. Woda głęboka, ale w wodzie jest instruktor (może własny tata) i on asekuruje. Żeby się nauczyć pływać, musimy wejść do wody. Bo inaczej - nic z tego.
Nie jeździmy na rowerach jak wyczynowcy. Ani jak zwycięzcy Wyścigów Pokoju i Tour de France. Niektórzy z nas - być może kiedyś - będą. Ale w każdym bądź razie jakoś tam jeździmy. Rzadko i się szybko męczymy. I Piętuś się spóźnia półtorej godziny... Ale jeździmy. A kiedyś to mieliśmy taki drążek z tyłu żeby tatuś trzymał. I zapasowe kółka. A na początku wsiedliśmy na rower.
Ktoś, żeby zagrać na klarnecie, albo na flecie, albo na trąbce, albo na tubie, musi najpierw wziąć to do ręki i dmuchnąć.
Ktoś, żeby nauczyć się angielskiego, musi najpierw otworzyć podręcznik albo wyjechać do Szkocji.
Ktoś, żeby wydać książkę, musi najpierw napisać pierwszy rozdział.
Ktoś, żeby zrobić sobie bobo...
I tak dalej, i tak dalej.
Nie możesz powiedzieć: "Sorry ziooom, nie umiem pływać. Jasne, popływamy, ale jak się nauczę. Dopiero wtedy wejdę do wody, okej?" Nie możesz też powiedzieć: "Nie wsiądę na rower, bo nie umiem jeździć, ale jak się nauczę, to wsiądę". Nie. Najpierw musisz wsiąść na rower, najpierw musisz wskoczyć do wody.
I będziesz upadał. Albo się zachłystywał. Albo fałszował. I prawdopodobnie nigdy nie będziesz Otylią, ani Armstrongiem, ani Tolkienem (ani nawet Sapkowskim). Ale żeby na głębię wypłynąć, najpierw musisz wejść do wody.
Miłości też się uczymy. Nigdy nie będziemy kochać idealnie, jak Chrystus nas ukochał. Będziemy potykać się w swojej miłości i nigdy nie powiemy, że umiemy dość kochać. Ale nie możemy powiedzieć: "Jeszcze nie umiem, więc nie pokocham, najpierw się nauczę, dopiero potem". Bo to jest tak, jak z nauką pływania bez wchodzenia do wody.
Najpierw musimy pokochać. Potem możemy się uczyć. Ale nigdy nie będziemy się mogli cofnąć. Bo wyjść z wody się da. Ale nie da się powiedzieć, że nigdy do niej nie wszedłeś...
Duc in altum. Wypłyń na głębię.
(Inspirację do napisania notki zawdzięczam Oleńce mojej - to Ona wpadła na pomysł z nauką pływania bez wchodzenia do wody. I Piętusiowi, za laya na blogu. Dziękuję).
komentarze [2]
Indeks notek
El Manifico Albano del Dreed
niedziela, 9 grudnia 2007 || 01:17:19
Tak mniej-więcej wpisał mi się na blogu wkrótce po tym, jak zrobił sobie dredy. W zasadzie zrobili mu, bo on sam się raczej w tym nie rozeznaje. Wcześniej nosił afro. Nie specjalnie.
Piszę „mniej-więcej”, bo ta wersja, którą zawarłem w tytule, jest krótsza o literkę. Zamiast Magnifico jest Manifico. Kiedy grałem w Simsy i tworzyłem jego postać, musiałem skrócić imię, bo nie chciało się zmieścić.
No. To na czym ja... acha. Wcześniej nosił afro. Nie z własnej woli, lecz z urodzenia. Z własnej woli, można rzec, był chudy, choć może to też sprawa genów. Na pewno z własnej woli nosił spodnie w kancik. I długi płaszcz. Parasol. Kapelusz. Później kupił neseser. Paczka na pierwsze wspólne urodziny podarowała mu piersiówkę. Żeby pasowało do stylu.
Poznaliśmy go na polonistyce, choć dziennie studiował filozofię. W zasadzie patrząc na kogoś takiego można mniej-więcej ocenić, co może studiować. Kierunek, muszę przyznać, bardzo interesujący. Sam przecież, jako student teologii, chłonę elementy filozofii, które niezwykle mnie ciekawią. Po semestrze odszedł z polonistyki, i choć w zasadzie Paczka przestała mieć miejsce, na ślub Ani pojechaliśmy razem. Bo w jakiś dziwny sposób z całej Paczki pozostaliśmy wtedy tylko my, razem. Bez podtekstów.
Romantyk. Choć niektórzy mogliby mieć co do tego wątpliwości. Osobiście uważam go za wielkiego romantyka. Dwakroć do wiatru wystawiony, ale żyć dalej trzeba. W wielu miejscach widzę między nami punkty zbieżne. Nawet do miłości podchodzimy w bardzo podobny sposób. Powiecie: miłość to podstawa. Do miłości trzeba podchodzić w podobny sposób, jeśli chce się być dla siebie kimś ważnym. A ja powiem – zgadza się. Ale podchodzenie do miłości tak, jak do miłości powinno się podchodzić jest niezwykle trudne. I może dlatego właśnie jest moim najlepszym przyjacielem.
Tak, nad tym też się zastanawiałem. Bo poznałem go w momencie, kiedy moje życie się skończyło. Kiedy mój świat, moja przyszłość, to, w co wierzyłem, wszystko się zawaliło. Przyjechałem do Łodzi i już pierwszego dnia trzymaliśmy się razem. Wtedy również jego świat walił się po raz pierwszy. Pamiętam. Zapytałem go, dlaczego ma tak na imię. Przecież jest czarny.
Mogę więc powiedzieć, że on był osobą, która pomogła mi się choć trochę odrodzić po mojej „śmierci”. A może właśnie był tym, kto sprawił, że nie umarłem do końca?
Towarzyszył mi w najtrudniejszych chwilach. Od mojego końca świata do początku nowego życia. Całe moje łódzkie losy wiążą się z nim. Dzięki niemu przetrwałem dwa straszne, najgorsze lata w moim życiu. Był przy mnie kiedy było źle, potem, gdy zaczęło być przez chwilę lepiej, i na końcu, gdy wszystko jeszcze raz padło i straciłem wiarę. Kiedy poznałem wreszcie Olę, on był osobą, z którą musiałem zapoznać Olę w pierwszej kolejności.
Choć ortodoksyjnym katolikiem nie jest, do Pana Boga nic nie ma. Kiedy miałem się z nim spotkać w niedzielę, z radością towarzyszył mi na Mszy Świętej. Podczas pobytu u mnie w Skarżysku również nie wahał się nawet przez chwilę by odwiedzić klasztorek. Pomagał mi poza tym rozwiązywać różne rozterki związane z wiarą za pomocą swego filozoficznego rozumu. To on podpowiedział mi, dlaczego spowiedź uszna jest konieczna. Otóż chodzi o to, że człowiek wyznający swoje grzechy przed drugim człowiekiem czuje większy wstyd, większe upokorzenie i większe wyrzuty sumienia. A tym samym ma mocniejsze postanowienie, by to się już więcej nie powtórzyło.
Jak już mówiłem, towarzyszył mi przez dwa lata, od upadku do powrotu do życia. Kiedy pojawiła się Ola i kiedy postanowiłem, za namową Magdy, o wyjeździe do Warszawy, zapytałem go o zdanie. Wiedziałem, że jeśli się przeniosę, jego będzie mi brakowało najbardziej. I otrzymałem jego błogosławieństwo. Choć oczywiste było, że będziemy za sobą tęsknić. I tęsknimy. To oznacza, że nasza przyjaźń stała się jeszcze mocniejsza. I nie sądzę, by kiedykolwiek zdołała się skończyć.
To, że piszę o nim w czasie przeszłym nie oznacza nic złego (choć zależy czy to, o czym myślę, jest złe, bo nie sądzę. Ale nie oznacza, że coś mu się, powiedzmy, stało). W zasadzie oznacza tylko tyle, że dziś, w dniu, w którym piszę tę notkę, i wczoraj, od dnia w którym ją publikuję, ma i miał swoją 21 rocznicę urodzin. Bull's eye! Oczko. Z tej okazji życzymy Tobie, Albinku, tego, czego się w urodziny zawsze życzy.
A przede wszystkim dużo miłości. Takiej Bożej. I takiej innej, może trochę bardziej ludzkiej. Trochę bardziej różowej...
komentarze [3]
Indeks notek
Że niby święty Mikołaj nie istnieje
czwartek, 6 grudnia 2007 || 14:09:57
Niektórzy twierdzą, że święty Mikołaj nie istnieje. Że prezenty dzieciom pod poduszkę lub pod choinkę podkładają rodzice. Niestety, muszę zaprotestować.
Nie wierzyć w świętego Mikołaja to tak, jakby nie wierzyć w historię. Otóż prawdziwy Mikołaj urodził się około 270 roku i był biskupem Miry. Był człowiekiem dobrym, pomocnym, znane są różne opowieści na jego temat. Prawda jest jednak taka, że znany i lubiany biskup zmarł. Szkoda...
Nie wierzyć w świętego Mikołaja to tak, jakby nie wierzyć w magię. Możecie powiedzieć, że gadam głupoty, ale wydaje mi się, że u człowieka pęd za wszystkim, co przyziemne i głupie w życiu zaczyna się mniej więcej około momentu, gdy przestaje on wierzyć w świętego Mikołaja. Tego pana, który wchodzi przez komin i dostarcza prezentów. Możliwe, że poniekąd wiąże się to z rozczarowaniem. Dzieci mają pewien żal do rodziców, że je oszukiwano. Może chodzi o to, może o co innego. Tak czy inaczej - święty Mikołaj jest jednym z tych magicznych elementów w naszym życiu, które sprawiają, że nie zawsze patrzymy pod nogi.
Nie wierzyć w świętego Mikołaja to tak, jakby nie wierzyć w świętych obcowanie. I pewnie wielu z nas w to nie wierzy. Część ludzi zresztą sądzi, że świętych obcowanie jest czymś, co z naszej religii czyni religię politeistyczną. Niektórzy podciągają pod to już Trzy Osoby Boskie. A jednak - święci są wśród nas i pomagają nam. Troszczą się o nas i podpowiadają nam jaką drogą należy iść, by dojść do Chrystusa. Żaden święty nie jest Bogiem. Każdy jedynie wskazuje drogę, którą należy iść, by się do Boga zbliżyć. I święci są wśród nas. Tak, jak aniołowie. I czasem z nami gadają.
I okej, może to ja musiałem dziś podłożyć Oli prezent pod poduszkę kiedy spała. Ale to nie znaczy, że Mikołaj przestał istnieć. A było to tak...
Kładąc się spać ustawiłem budzik na 3:30. Żeby wstać, wyjąć prezent z ukrycia i położyć przy poduszce. Zasnąłem. I śniły mi się różne dziwne rzeczy, z tym prezentem związane. Że Ola się budzi, że oglądamy prezent razem, albo że właśnie podkładam go pod poduszkę. Muszę przyznać, że mimo wszystko zasnąłem dość mocno. Co nie oznacza, że nie budzę się, gdy dzwoni budzik. Spałem jednak rzeczywiście dość mocno, i śniły mi się te sny o prezencie. I wtedy przyśnił mi się głos. Powiedział: "Ale wiesz dobrze, że jeszcze tego nie zrobiliśmy?" Odpowiedziałem, że wiem, po czym się obudziłem. Złapałem za telefon. Była 3:34. Wieczorem, zamiast wcisnąć przycisk potwierdzający włączenie budzika, wcisnąłem anuluj. Część z Was pewnie powie, że to potęga podświadomości. Ustawiłem się na 3:30 i o tej się obudziłem. A ja Wam powiem, że nie wierzę w potęgę podświadomości. Za to wierzę w świętego Mikołaja. Tak, jak wierzę w świętych obcowanie.
Zwłaszcza, że mnie również podłożył prezent pod poduszkę...
komentarze [4]
Indeks notek
Ciężkie czasy
wtorek, 27 listopada 2007 || 01:35:26
Mamy datę. 13 września 2008 roku. Trochę ponad dziewięć miesięcy. Wszystko staje się coraz bardziej realne. Wszystko zaczyna się coraz bardziej układać. Coraz dokładniej widzimy, o co w tym wszystkim chodzi.
Michalinie należą się przeprosiny. Bo Michalina w dużym stopniu ma rację. Jeśli chodzi o mieszkanie ze sobą przed ślubem. Niestety, a może na szczęście, nie oznacza to, że zacząłem się zgadzać z księdzem Malińskim. Nie, nadal uważam, że Malina racji nie ma. Malina nie trafił w problem. To znaczy trafił – ale nie w jego sedno.
Michalina, przepraszam, że nie zgadzałem się z Tobą. Masz rację. Szkoda, że w swym wytłumaczeniu problemu w zasadzie ograniczyłaś się do polecenia ks. Malińskiego. A nie podjęłaś się interpretacji.
Jeszcze raz przypomnę jakie dwa problemy wymienia Maliński. Problem pierwszy to to, że dwie osoby mieszkają ze sobą i żyją jak małżeństwo, ale w zasadzie nie czują się jakby byli małżeństwem, co wywołuje u nich schizofrenię. Problem drugi polega na tym, co wiąże się z męską buraczaną potrzebą seksu. To, że mężczyzna leżąc tak blisko kobiety (dodam: kobiecego ciała) podnieca się i nie ma jak tego podniecenia wyładować, bo nie są małżeństwem.
Po odsłuchaniu Maliny doszedłem do wniosku, że problem kogoś, kto postanowił kochać, nie dotyczy. Bo po pierwsze nie podnieca się leżąc przy swojej narzeczonej, bo nie traktuje jej jako przedmiotu, na którym mógłby wyładować swoje napięcie, które zresztą ładuje się samą obecnością tego przedmiotu. Traktuje ją jak najbliższą sobie na świecie osobę, jak kogoś, komu oddałby wszystko, jak kogoś, komu należy się cześć. Kogoś, kogo kocha jak nikogo. Po drugie zaś nie ma problemu ze schizofrenią, bo od początku ewentualnego wspólnego mieszkania, a może nawet od momentu podjęcia nienaruszalnej decyzji pokochania żyją i traktują się jak mąż i żona. Czują się jakby byli małżeństwem. I marzą o tym, by wreszcie tym małżeństwem zostać.
Jak już wspomniałem, Malina nie trafił w sedno problemu. Brał pod uwagę sytuacje w których dwie osoby mieszkają ze sobą traktując się jak osobne jednostki, ja jestem ja, ty jesteś ty. Nie mówił nic o tych, którzy niczego tak nie pragną, jak tego, by być jednym, by stać się wspólnotą. On o tym nie mówił, a my sądziliśmy, że problem nie istnieje, bo właśnie tak mamy. A sedno problemu tkwi tutaj dokładnie.
W różnych kwestiach do wspólnego życia dorasta się w różnym czasie. Do mieszkania ze sobą. Do gotowania sobie obiadów. Do chodzenia rano po pieczywo. Do odrywania się od swoich przyzwyczajeń i nałogów po to, by mieć więcej dla siebie czasu. Do wspólnego chodzenia do kościoła i do modlitwy. Do porannego mierzenia temperatury. Do wspólnego kupowania ciuchów. Do zrozumienia, że przyjaciele, rodzice, rodzeństwo i cały ten kram nie może być dla nas nigdy ważniejszy niż my dla siebie nawzajem. Do tego, że jesteśmy dla siebie najpiękniejsi na świecie, bo jesteśmy swoi i kochamy się, po prostu. Do wszystkiego tego, co mogę nazwać przyzwyczajeniem i rutyną. Tą totalnie najpiękniejszą rutyną, która z dnia na dzień jest coraz piękniejsza. Którą z dnia na dzień celebrujemy – to ciekawe, doszliśmy do tego niedawno – coraz pełniej. I owszem możecie pomyśleć, że to wszystko to zakochanie i jak już przejdzie, to będzie dopiero koszmar prawdziwy. No dobra, jest zakochanie. Są tacy, którzy mają to do siebie, że im bardziej kochają i im bardziej są kochani, tym piękniej się zakochują. Może nazwę to raczej zachwytem. Zachwyt jest związany z zakochaniem. Tylko trochę bardziej zależy od woli.
Wróćmy do tematu. Powoli dorasta się do tego wszystkiego. Kwestia seksualności może pozostać jakby obok. Śmialiśmy się, że problemy nas nie dotyczą (rzeczywiście – nie dotyczyły), bo traktujemy się jak osoby, i to sobie najbliższe. Mogliśmy też mówić, że seks jest oczywiście dobry, ale w małżeństwie i że mamy ku sobie pociąg (tak, ten, który nazywamy seksualnym tudzież cielesnym), ale jesteśmy wolni i skoro nie chcemy, to nie chcemy i nie musimy, bo to nie działa tak, że woda się musi zagotować, fizyki pan nie oszukasz. Tymczasem podświadomie seks jawił się nam jako coś złego. Różne przejścia na tym tle. Moje i Oli. Ale nie tylko przejścia. Także to, czego nie nazwę wstydliwością, ale raczej to, co nazwę tabu. Coś o czym się nie mówi. Coś, co jest tylko moje. I owszem, seks jawił nam się jako coś w tym stylu:
„No. Mój mąż jest cudowny. Wspaniały wręcz. Taki miły i kochany. Kupuje mi kwiaty. W mieszkaniu posprząta. Pieniążki przyniesie. A jakie ma cudowne zainteresowania! No wspaniały człowiek. Tylko czasem wieczorem przychodzi, kładzie się na mnie, robi co ma zrobić i idzie spać. Nie, w ogóle o tym nie rozmawiamy. To jest do przeżycia. Trochę boli czasami...”
Zgadza się. Oboje w pewnym sensie mieliśmy właśnie takie wyobrażenie. I ja mówiłem o zjednoczeniu, o wspólnocie, o „dwoje jednym ciałem” i takie inne. A podświadomie czułem, że nie będę dość dobry. Mówiłem, że miłość wystarczy. Ale bardzo się bałem, że nie wystarczy. I przez to śmialiśmy się z problemów przytoczonych przez Malinę, a nadal wydają się nam niesłuszne, ale nie widzieliśmy sedna problemu. Sedno problemu musieliśmy odkryć sami.
Sedno problemu polega na tym, że seks nie jest czymś oddzielonym od reszty życia. Nie jest czymś ponad, albo obok. Nie jest czymś cudownym i niesamowitym, wielką egzaltacją i ekstazą, wobec tego wszystkiego, co pozostaje poza nim. Jest wypełnieniem, owszem. Jest najwyższym stadium zjednoczenia małżeńskiego i wspólnoty. Ale nie jest czymś ponadnaturalnym. Czymś wyjątkowym. Czymś, co sprawia nagle, że życie małżeńskie dopiero teraz jest życiem małżeńskim. Jest czymś najzupełniej normalnym. Czymś, do czego dojrzałe małżeństwo dąży w tym samym stopniu jak do chodzenia razem na zakupy czy wspólnego jedzenia posiłków. I owszem, seks należy celebrować. Tak samo – co już przecież zaznaczyłem – jak każdy inny element życia małżeńskiego. Wspólnego życia ze sobą, we dwoje. Wtedy seks przestaje być czymś, czego się podświadomie boimy. Bo staje się zwyczajną sprawą. Czymś, do czego małżeństwo dojrzałe dąży w bardzo naturalny sposób. Staje się czymś, co nazywamy nie tyle zjednoczeniem, co ostatecznym i najwyższym stadium zjednoczenia.
W różnych kwestiach do wspólnego życia dorasta się w różnym czasie. I sądzę, że to działa podobnie we wszystkich przypadkach. Jeśli ludzie nie traktują narzeczeństwa tak, jak powinno się je traktować, czyli jako dorastania do małżeństwa, czyli do wspólnoty, muszą do tego wszystkiego dorastać tak samo będąc już małżeństwem. Na samym końcu dorasta się do seksu. Bo seks jest ostatnim, najwyższym etapem. I śmiem twierdzić, że jeśli bierzemy ślub nie próbując dorosnąć do tego wszystkiego przed nim, musimy dorosnąć po nim. I dorośniemy do wspólnych zakupów. I do gotowania obiadu pewnie też. Nie sądzę, by za łatwo przyszło nam dorosnąć do odcinania pępowiny. Od rodziców czy przyjaciół. Do rozmawiania o wszystkim ze współmałżonkiem, a nie z najlepszym przyjacielem. A jestem niemal pewien, że nie dorośniemy do seksu. Dlaczego? Z prostych przyczyn: bo zaczniemy go uprawiać zanim do niego dorośniemy. Zaczniemy go uprawiać w noc poślubną, zanim zdążymy dorosnąć do czegokolwiek co jest związane z życiem małżeńskim. Tak. Dziś stwierdzę coś bardzo dziwnego i macie pełne prawo do tego, by się ze mną nie zgodzić. Nie polecam uprawiania seksu w noc poślubną, jeśli w narzeczeństwie nie włożyliśmy całej swojej woli i całej miłości, i ogromu pracy w to, by dorosnąć do wszystkiego, co z małżeństwem związane, na końcu dorastając do seksu.
Tak, pewnie dlatego twierdzi się, że zjednoczenie seksualne zaczyna być prawdziwie piękne po 10 latach małżeństwa. Bo po narobieniu sobie nawzajem traum w noc poślubną potrzebujemy 10 lat by dorosnąć do seksu...
Jak już mówiłem, w różnych kwestiach do wspólnego życia dorasta się w różnym czasie. Godziny rozmów. Czekania na siebie. Doceniania i pracy. Na końcu dorasta się do seksu.
I tak, jeszcze raz podkreślę, Michalina ma rację. Bo przez to, że ludzie mieszkają ze sobą przed ślubem, jestem pewien, że dorastają do tego za wcześnie. Bo stają się jak małżeństwo zanim stają się małżeństwem. I oczywiście twierdzę, że większość tego, co dzieje się w ludzkim życiu, jest zależne od naszej woli. Czyli od nas samych. I to, czy współżyjemy przed ślubem nie zależy od naszej natury, od uwarunkowań społecznych, genetycznych, hormonów, feromonów i potęgi podświadomości. Zależy od tego, czy tego chcemy, czy nie. Nie – czy na to przyzwalamy, bo nie możemy wytrzymać. Tylko od tego, czy tego chcemy.
Dopóki nie jest się dojrzałym do seksu, można śmiać się z argumentów przyrodniczo wodogotujących, bo jest się wolnym i decyduje się samemu za siebie. I zwyczajnie można nie chcieć uprawiać seksu, bo się do niego nie dorosło. Potem może się zacząć chcieć...
Do niczego nie doszło. Podjęliśmy decyzję. Wcześniej chcieliśmy doczekać do ślubu, bo w ogóle nam się nie spieszyło. Dziś wiemy, że gdybyśmy sobie pozwolili na dopełnienie przed złożeniem sobie przysięgi, żałowalibyśmy tego bardzo. Pewnie do końca życia. I dlatego postanowiliśmy, że tak, poczekamy z tym do dnia, w którym po raz pierwszy powiemy sobie „mężu”, „żono”. Pamiętamy, że jest to moment, w którym sami się połączymy, a Bóg to pobłogosławi. I tylko, niestety, trochę bardziej jawi nam się to jako bezsensowne czekanie. Jako czekanie na papierek. Bo do sakramentu dojrzali jesteśmy już dzisiaj. Owszem, nie sądzę, by w pełni. Ale wystarczająco bardzo. Tylko wszelkie uwarunkowania zewnętrzne sprawiają, że musimy jeszcze bezsensownie czekać.
I tylko wiem teraz, że jeśli naprawdę dotrwamy, jeśli w noc poślubną zbliżymy się do siebie w pełni radości, to będziemy z siebie bardzo dumni. Że daliśmy radę. Teraz, kiedy już nie mogę powiedzieć, że problemu nie ma. Tylko dlatego, że faktycznie problemu nie ma, a jest tylko głupie czekanie. Bo kto wytrwa do końca...
komentarze [9]
Indeks notek
Love actually
czwartek, 15 listopada 2007 || 01:59:48
Wolność nie jest swobodą ani sielanką. Wolność jest wówczas wolnością, gdy umieścimy ją w ramach Bożych przykazań. Boże przykazania zaś nie są dla naszej wolności ograniczeniami. Prawda jest taka, że ramy Bożych przykazań są wyraźną granicą między wolnością, a zniewoleniem. Między radością i szczęściem, a uzależnieniem. "Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę." (1 Kor 6, 12).
Bóg tak nas ukochał, że pozbawił się dobrowolnie części swej wszechmocy, by dać nam wolność. Ukochał nas jeszcze bardziej, dodając do tej wolności to wszystko, co mówi nam, jak daleko możemy się posunąć, by wolności nie utracić. Tak więc jest wolność i łaska – ta wieczna (jak dekalog) i ta codzienna, osobista.
Wolność łączy się z decyzyjnością i z dojrzałością. Człowiek podejmuje wybory zgodnie z własnym sumieniem. Te wybory nie muszą być mądre i korzystne: o ich korzystności dla nas i dla innych świadczy nasza dojrzałość. A może odwrotnie: o dojrzałości świadczy dorosłość, mądrość naszych wyborów.
Są wybory mniej ważne. Jak choćby to, że pójdę na studia tu czy tam. Te wybory można weryfikować, zmieniać, można podejmować również wybory odwrotne. Trafiam na studia do Łodzi, ale okazuje się, że to nie jest to, o czym myślałem. I mogę z tego zrezygnować, zmienić plany. Z zastrzeżeniem, że nie pozostanie to bez wpływu na moje dalsze życie.
Są wybory ważniejsze. Jak to, że chcę wziąć ślub. Z tych wyborów też można się wycofać. Tylko wówczas zastrzeżenie też jest poważniejsze.
Są jednak wybory sakramentalne. Decyzje życiowe. Kiedy już zawrzemy małżeństwo. Kiedy już przyjmiemy święcenia. Kiedy już się ochrzcimy. Nie da się tego cofnąć. Nie da się, z jakimkolwiek zastrzeżeniem, stwierdzić, że wycofuję się z takiej podjętej decyzji. Nie da się powiedzieć już po święceniach, że ja jednak nie chcę być księdzem. Wtedy możesz sobie chcieć albo i nie. Ale odwrotu nie ma. Dlaczego? Bo decyzje sakramentalne są najdojrzalszymi, najmądrzejszymi decyzjami, świadczącymi o tym, że jesteśmy ludźmi dorosłymi. I z tej dorosłości zdajemy relację wobec siebie, wobec innych, z tej dorosłości zdają relację o nas nasze decyzje. Kościół nie zezwala na rozwody – bo szanuje mądrość i dojrzałość naszych decyzji.
A do sakramentalnych decyzji nie zaliczam jedynie tego, co wiąże się z sakramentami bezpośrednio. I myślę, że można się z tym zgodzić ogólnie. Rzeczy w stylu KWC również traktuję jako decyzję sakramentalną, mądrą i dojrzałą. Złamanie takiej decyzji (bo absolutnie nie da się z niej wycofać) świadczy przeciw nam, a za to za naszą dziecięcością, i to nie tą, którą pochwalał Chrystus.
A jak mówił św. Augustyn – najdoskonalszym aktem woli, a więc najdoskonalszą decyzją, jest miłość.
Tak więc miłość, jako najdoskonalsza decyzja, jest najbardziej na świecie nieodwołalna.
Wyobraźmy sobie taką sytuację. Wybieramy studia, jedziemy do Krakowa. Siedzimy w tym Krakowie 2 tygodnie i nam się nie podoba. Czy możemy powiedzieć: Nie, ja jednak nie idę na studia do Krakowa? Nie możemy! Dlaczego? Bo już za późno. Bo już poszliśmy. Możemy jedynie powiedzieć, że jednak nie zostajemy na studiach w Krakowie, bo nam się nie podoba.
Jesteśmy małżeństwem, na ten przykład. No i żona się nuuuudzi! Czy możemy powiedzieć: Nie, ja jednak nie chcę się z tobą żenić, nie chcę być twoim mężem? Nie możemy! Bo już podjęliśmy decyzję i zostaliśmy związani sakramentalną wstęgą. Możemy najwyżej powiedzieć, że nie chcę z tobą mieszkać, że nie chcę cię widzieć na oczy, że odchodzę. To oczywiście oznacza brak dojrzałości, ale nie oznacza rezygnacji z decyzji. W najgorszym wypadku oznacza ekskomunikę – na własną odpowiedzialność.
Miłość, co może dziwić, bo wydaje się być tak nieuchwytna i jakaś transcendentna, jest tak naprawdę ponad tym wszystkim. Jest decyzją przewyższającą wszelkie decyzje. I jeśli podjęło się decyzję, że kocham, nie możemy z niej zrezygnować najbardziej ze wszystkich decyzji. Bo w zasadzie nie da się z niej zrezygnować. Wiemy, że pisał o tym m.in. św. Paweł: "Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie." (1 Kor 13, 8)
Nie można powiedzieć, że się kochało, bo się podjęło taką decyzję, ale się już nie kocha, bo się podjęło decyzję inną. Spróbujmy spojrzeć na to czysto utylitarnie. Byłeś z dziewczyną ileśtam lat. Mówiłeś, że ją kochasz. Potem powiedziałeś, że już nie kochasz. Zabiłeś w niej wszystko, całe poczucie bezpieczeństwa, wiarę w dojrzałość. Idziesz do drugiej, która zna Twoją historię. Wyżalasz się, a potem mówisz, że kochasz. Jakie podstawy ma ta osoba, by Ci uwierzyć? By zaufać, że po tych iluśtam latach nie powiedz, że już jej nie kochasz?
Dużo prościej i użyteczniej jest powiedzieć, że nie kochałeś tak naprawdę nigdy. Że tak naprawdę Ci się zdawało. Albo się pomyliłeś. Wtedy łatwiej Ci uwierzyć, że masz rację, że tym razem mówisz prawdę i Ci się nie zdaje. Sprzeciw!
Jesteś w tym Krakowie na tych studiach. I teraz – nie wiesz... Czego nie wiesz? Nie wiesz czy zdecydowałeś się studiować w Krakowie czy nie... Hmmm... Cóż. Siedzisz w ławce na UJ, notujesz jakieś tam rzeczy, i zastanawiasz się nad swoją niewiedzą – czy rzeczywiście zdecydowałem się by przyjechać do Krakowa? Czy to, gdzie siedzę, to aula Uniwersytetu Jagiellońskiego, czy nie?
Idźmy dalej. Byłeś w Krakowie. Jedziesz do Łodzi na przykład. Spotykasz ludzi. Rozmawiasz z nimi. I co im mówisz? Nie no, co ty! Nigdy nie studiowałem w Krakowie! Jak to? Masz świadków, że niby owszem? Nie, teraz dopiero studiuję.
Podkreślam, że za przykład podaję decyzję mało ważną. Miłość jest ze wszystkich najważniejsza. I wszystkie te przykłady odnoszą się do niej najbardziej.
A więc możesz w zasadzie powiedzieć, że nigdy nie kochałeś. Oraz, że nie wiesz, czy kochasz, czy nie. Pierwsza rzecz świadczy o tym, że kłamałeś, oszukiwałeś, tak, że nigdy nie podjąłeś decyzji, choć zawsze twierdziłeś, że podjąłeś. Druga rzecz świadczy o rozdwojeniu jaźni. Totalnym braku dojrzałości. Albo – w najmniej drastycznym przypadku – o nieprawdziwej definicji miłości.
Bo miłość można sobie próbować utożsamić z zakochaniem. Z uczuciami. I motylkami w brzuchu, wiecie jak to jest. Możemy mówić, że miłość przemija. Tylko to świadczy o tym, że próbujemy iść na łatwiznę. A na łatwiznę z miłością, jako i z Bogiem, jako i z wolnością, iść się nie da.
I dalej – ktoś jeszcze może powiedzieć, kochamy się, ale nie możemy się dogadać. W jakich kwestiach? Nigdy się nie dogadacie we wszystkich błahostkach. Jeśli chodzi o podstawy, o wartości, o priorytety – prawda jest taka, że jeśli się naprawdę kochacie, jeśli jesteście dla siebie najważniejsi po Bogu, to ze wszystkim się jakoś domówicie. A jak nie? No weź, przestań! Wyłącz wreszcie swój egoizm!
Miłość jest decyzją najwyższą, nieodwracalną, nie można nie wiedzieć czy się kocha i można powiedzieć, że jednak się nie kochało, z założeniem, że jest się tym samym najstraszniejszym kłamcą na świecie.
Nie można natomiast budować związku na innym fundamencie niż dana nam od Boga i zgodnie z naszą wolą postanowiona miłość. I owszem, możesz żyć jakiś czas w związku, w którym nic nie budujesz. I to jest jeszcze możliwe do przeżycia. Do przetrzymania. Możesz jakiś czas żyć w związku, w którym kocha tylko jedna osoba. Z założeniem, że ta druga stara się prawdziwie pokochać. I że nadejdzie wreszcie ten moment, w którym pokocha i będą mogli zacząć coś razem budować.
Nie można za to żyć w związku opartym od początku na kłamstwie. Bo nie mówię o jednym małym kłamstwie. Czy, powiedzmy, o zdradzie. Miłość ludzka nie jest doskonała. I czasem się o niej zapomina. To jest jak uderzenie młotem w budynek, który stoi na twardym fundamencie. Będzie ciężko naprawić szkodę. Ale w końcu się uda zaleczyć rany. Mówię o kłamstwie, które trwa od początku. O tym, że mówisz „kocham” kiedy tak naprawdę nie kochasz. I wtedy druga osoba, która postanowiła pokochać naprawdę, myśli, że coś budujecie. Tym czasem stawiacie dom na piasku – a Ty do tego nawet nie mówisz swemu partnerowi, że nie położyłeś fundamentów.
Jeśli ja kocham Ciebie, a Ty kochasz mnie, mamy jakieś 99% szans na zbudowanie szczęśliwego małżeństwa i spędzenie razem cudownego życia. Bo gdy kochamy, potrafimy odnaleźć spokój, potrafimy się zaangażować, zmobilizować i poustawiać swój system wartości tak, jak ustawiony być powinien. Bardzo ważne jest jednak właśnie to, że najpierw musimy kochać. Nic nie zbudujemy, jeśli miłości nie postawimy na pierwszym miejscu w hierarchii naszej wartości (a Bóg jest miłością, tak dla przypomnienia).
Jeśli ja kocham Ciebie, a Ty mnie nie, mogę poczekać i dać Ci szansę, a potem, jak już pokochasz, zaczniemy razem budować.
Jeśli ja kocham Ciebie, a Ty twierdzisz, że kochasz mnie, ale potem okazuje się, że jednak nie wiesz, albo że Ci się zdawało, albo że już nie kochasz, oznacza, że nie kochałeś od początku. To znaczy, że oszukiwałeś od początku. To znaczy, że nie umiesz podejmować decyzji dojrzałych, to znaczy, że jeśli w ogóle chcesz coś na czymś budować, to właśnie na kłamstwie i niedojrzałości, bylebym tylko ja się nie skapował.
I takiego związku, między osobą dorosłą (w pewnym sensie), a dzieckiem, nie da się budować. Nie da się budować na czymś, co od początku było iluzją.
I owszem, podejmuję decyzję już na początku. Tam, gdzie się nie zdarzyło – raniłem i niszczyłem ludzi (przepraszam Sylwię, jeśli nadal czyta, i Kasię, która nie czyta). I podejmuję ją z wszelkimi konsekwencjami. I z założeniem, że sam nic nie zbuduję. A uwierzcie, tu, na ziemi, nie mam całej wieczności na czekanie, aż ktoś, kogo pokochałem, przestanie być dzieckiem, a stanie się dorosłym. A już z całą pewnością nie zamierzam marnować czasu dla ludzi, którzy kłamią w żywe oczy, ale nawet nie przyznają się do tego przed samymi sobą. I Wam też tego nie polecam...
Oczywiście można jeszcze mylić się co do istoty miłości. Można twierdzić, że to uczucie, że to tęsknota, że to... No cóż. W tej sytuacji choćbym kochał najmocniej na świecie, i tak nic nie osiągnę. Sam niczego nie zbuduję, choćbym bardzo pragnął.
Miłość nie zobowiązuje mnie do męki. Do czekania w nieskończoność na coś, co może nigdy nie nastąpić. Miłość zobowiązuje mnie do budowania. Do marszu naprzód, nie zaś cofania się. Miłość nie jest tragedią, która mnie spotkała na mojej drodze, a do której muszę się dostosować. Miłość jest decyzją. Na której mogę zbudować wszystko, jeśli znajdę kogoś, kto nie chce budować na kłamstwie. I tak, jak bita przez męża żona nie ma obowiązku mieszkać z nim pod jednym dachem, tak ktoś kto nie jest kochany nie ma obowiązku tracić życia dla tej osoby. Czemu, w takim razie, jako jeszcze nie małżonek mogę odejść, a jako małżonek już nie? Bo decyzja małżeńska składa się z czterech części: miłości, wierności, uczciwości i tego, że nie opuszczę aż do śmierci. Taka decyzja. Nawet, jeśli nie jestem w małżeństwie kochany, to zdecydowałem o wierności i nie opuszczeniu. Kiedy postanawiam o miłości tylko, nic nie każe mi żyć całe życie przy kimś, kto mnie okłamuje, nie kocha, czy daje mi kosza. Przy kimś, kto w zasadzie wcale nie chce żyć przy mnie na zasadach zgodnych z miłością. I to wcale nie znaczy, że nigdy nie kochałem. I że nadal nie kocham. Tylko do tanga jednak trzeba dwojga...
Dziękuję osobom, które jednak umieją kochać...
Pod koniec w swej łaskawości zapraszam do dyskusji zarówno tu, jak i jeszcze pod poprzednią notką.
No i na samiutki koniec dziękuję serdecznie Wesołemu Siewcy Pesymizmu. Za wszystko co uczynił. Tak, żeby nie myślał, że nie umie przewidywać przyszłości.
komentarze [2]
Indeks notek
Brata Jasia głos w dyskusji
czwartek, 8 listopada 2007 || 19:22:15
Str. 1, Str. 2, Str. 3, Str. 4.
Powyżej znajdują się linki odwołujące Was do czterech kolejnych stron Listu do chłopców, zeskanowanego z czasopisma Miłujcie Się. Aby zrozumieć poniższą notkę, należy koniecznie zapoznać się najpierw z przytoczonym artykułem.
Jaś Bilewicz, bodajże brat zakonny (choć tego pewny nie jestem) pisze w MS na tematy seksualności. Listy do chłopców równolegle z listami do dziewcząt, oba trochę inaczej, jednocześnie oba bardzo pewnie i dobrze. Daje porady, biorąc jednocześnie udział, mniej lub bardziej świadomie, w wielkiej dyskusji nt. czystości, wewnątrz i na zewnątrz Kościoła katolickiego. Czytając przytoczony list tuż po odsłuchaniu przeze mnie wykładów ks. Malińskiego, postanowiłem dołączyć jego głos do odbywającej się wśród nas dyskusji.
Jeśli przesłuchaliśmy Malinę i przeczytaliśmy Bilewicza, jesteśmy w stanie zauważyć subtelne różnice. Po pierwsze w sprawie podniecenia. Maliński wypowiada się o nim jako o problemie, robi to również Bilewicz. W czym tkwi różnica? W tym, że Malina twierdzi, iż problemem jest podniecenie wówczas, gdy nie możemy go rozładować, bo jeszcze nie jesteśmy małżeństwem. Gdy jeszcze nie powinniśmy współżyć. Bilewicz określa podniecenie jako zło. Jako coś wypływające z pożądania: "Czymś innym - zupełnie innym - jest podniecanie się ciałem żony, a czymś innym zachwycanie się nim. Podniecenie wynika z pożądania, zachwyt - z miłości" (czyt. str. 4). A człowiek pożądliwy przeżywa swoją seksualność w sposób prymitywny, zwierzęcy... A więc Bilewicz mówi o podnieceniu jako o czymś złym nie tylko przed, ale i po ślubie.
Poniższy akapit opisuje coś, czego w artykule nie przeczytacie.
Podniecenie nie jest więc zwykłym stanem biologicznym. Powiedzmy - tym, co nazywamy erekcją. Erekcja nie jest czymś co oznacza "pociąg seksualny" ani czymś, co oznacza "podniecenie". Jest to biologiczna czynność organizmu, częstokroć - rzeczywiście - niezależna od nas. Niezależna od tego, czy widzę koleżankę, czy żonę, czy narzeczoną, czy kładę się do łóżka sam, czy obok kogoś. Pożądanie czy podniecenie które z niego wynika - to już zupełnie inna broszka. To już reagowanie na bodźce biologiczne własną wolą, własnymi decyzjami.
Cały przytoczony list Bilewicza jest, chyba niechcący, zaprzeczeniem tego, co mówił Maliński. Bo hasło "Malina, mam problem, śpimy ze sobą a ja się podniecam" powinno mieć zupełnie inne znaczenie. Dlaczego? Bo to, że nie jest za fajnym fakt podniecania się przed ślubem nie oznacza, że będzie fajny po owym. Jaś Bilewicz podkreśla to, co podkreślam i ja. Że seks nie jest żadną buraczaną (za Malińskim) potrzebą mężczyzny. Że podniecenie jest złe nie tylko przed, ale i po ślubie. Że mężczyzna nie musi współżyć gdy znajdzie się koło kobiety, ew. w jednym łóżku. Że współżycie to jedność, to wspólnota, a nie zaspokajanie męskich buraczanych potrzeb, bo się podniecam.
I dlatego, podkreślę jeszcze raz, nie ma problemu. Nie ma, bo nie mam żadnych buraczanych potrzeb. Bo podniecanie się ciałem kobiety jest złem nie tylko przed ślubem, ale i po nim. Po pociąg nie oznacza chęci zaspokajania potrzeb, lecz chęć zjednoczenia i wspólnoty. I stąd moje stwierdzenie, że pożądliwe spojrzenie na kobietę, które już jest cudzołóstwem odnosi się również do własnej żony ("A kto pożądliwie spojrzy na kobietę, już w swej głowie dopuścił się z nią cudzołóstwa. I tu nie jest mowa jedynie o kobietach, które nie są naszymi żonami. Mam ci ja rację?" - LINK). I stąd również moje twierdzenie o dziewictwie zachowanym nawet po ślubie, nie wykluczając współżycia (LINK).
Dlatego Jaś Bilewicz jest dla mnie autorytetem, a ks. Maliński nie jest.
A dodatkowo powiem jeszcze, że ks. Pawlukiewicz też mówił o mieszkaniu ze sobą przed ślubem i używał podobnych do Malińskiego argumentów. I choć z nim również się nie zgadzam, to traktuję go trochę inaczej. I nie robię z niego idioty.
Dlaczego?
Bo z Maliny nie starałem się robić idioty. Starałem się tylko posługiwać używanym przez niego językiem...
Głos mój i Brata Jasia jest głosem w dłuższej dyskusji. I dlatego mam nadzieję, że zostanie wzięty pod uwagę i skomentowany.
komentarze [13]
Indeks notek
Na drugi brzeg
piątek, 2 listopada 2007 || 19:26:41
Tak jest mało czasu mało dni serce bije tylko kilka chwil
Niespokojne czeka wierci się kiedy w końcu Ty przytulisz je
Tak jest mało czasu mało dni serce bije tylko kilka chwil
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem że na pewno Ty rozpoznasz mnie
W oktawie Wszystkich Świętych, w zasadzie w Zaduszki. Jakoś tak te dwa dni następują jeden po drugim. A we mnie znów otwiera się refleksja nad przemijaniem. Czy nad przemijaniem...?
Wierzymy. W Boga, w miłość, w Pismo Święte, czasem również w Kościół. A mimo tego wszystkiego panicznie boimy się śmierci. Usiłujemy zrobić wszystko, wszystko co tylko możliwe, by przed nią uciec. I wówczas śmierć dopada nas w najmniej oczekiwanym momencie, jak pies rzucający się na ofiarę. I tylko krzyczymy, że jeszcze nie dziś, nie teraz, i znowu ten przeklęty czas, od którego jesteśmy uzależnieni. Jakby od tego zależało nasze życie, nasze szczęście. Nie od tego na co nam ten czas, ale od tego, żeby go mieć.
Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do nieba biegł
Nasza religia jest religią Prawdy. Jest jedyną religią w której prawdziwy Bóg stał się prawdziwym człowiekiem i prawdziwie zmarł. Bóg umarł. My Go zabiliśmy. Ale jeszcze więcej - Bóg zmartwychwstał. I powiedział, że jeśli w Niego uwierzymy, śmierć nas nie spotka. Nigdy nie umrzemy naprawdę. Ziarno musi, musi obumrzeć, żeby wydać plon. By zacząć prawdziwie żyć.
Nie jest wcale ciężko kiedy wiem że na końcu drogi spotkam Cię
Chociaż było tyle trudnych dni codziennie bliżej nieba - warto żyć!
Tak jest mało czasu mało dni serce bije tylko kilka chwil
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem że na pewno Ty rozpoznasz mnie
Ostatecznym celem naszego życia jest śmierć. I naprawdę tylko od nas zależy jak będziemy na nią patrzeć. Czy będzie dla nas jakimś mrocznym, strasznym widmem, którego próbujemy nie zauważać, czy też nadzieją na lepsze, prawdziwsze, piękniejsze życie. U boku Boga.
Gdy byłem w Seminarium ze świecą szukać musiałem kogoś, kto tak jak ja nie boi się śmierci. Kto czeka. Jeśli tam było to tak ciężkie, co dopiero poza murami owego budynku? Miejsca, które nazywałem Domem?
A jednak. Jednak znalazłem. I to jest jeden z powodów, dla których znalazłem też nowy Dom. Taki z dużej litery.
Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do nieba biegł
Nigdy nie było tak, że mówiłem "chciałbym umrzeć". Dziś nie jest tak tym bardziej. Nigdy wcześniej tak naprawdę nie miałem takiej woli życia. Mam po co i dla kogo żyć. A jednak nadal, chyba właśnie jeszcze bardziej, nie boję się śmierci. I jeszcze bardziej na nią czekam.
A gdybyś Ty umarła? Nie smuciłbym się...? Nie wiem. Pewnie owszem. Pewnie bym się smucił. Ale tylko po wierzchu. W głębi wiedziałbym, że osiągnęłaś cel. I sama dobrze wiesz jaki byłby tego symbol. A Wy wszyscy dowiecie się w swoim czasie. W razie gdy Ona odejdzie. Albo ja wcześniej...
Mijają godziny mija czas szukam Cię na niebie pośród gwiazd
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem że na pewno Ty rozpoznasz mnie
Bóg na pierwszym miejscu. A potem wszystko inne samo się poustawia. Wiemy o tym bardzo dobrze.
Wszystkich Świętych to dzień, w którym płaczemy, w którym niebo płacze, w którym groby wyją smętkiem i zadumą. Dlaczego? Po co? Przecież jeśli oni naprawdę kochali Boga, jeśli byli Mu bliscy, to są najszczęśliwsi na świecie. I Ty też będziesz, i ja, i Wy wszyscy! Tylko zaufać. Uwierzyć naprawdę. Pokochać. Wiara, nadzieja i miłość. I przestać się bać.
Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do nieba biegł
Arka Noego
KLIK to hear the music! :)
komentarze [2]
Indeks notek
Wizja, czyli sto sześćdziesiąt cztery
czwartek, 25 października 2007 || 18:22:19
10 września, 00:58
Nie no, bo ja już mam dość. Dość tego siedzenia cicho i owijania w bawełnę, i udawania, że nie dzieje się to samo, co się dzieje za każdym razem. Dość mam tego liczenia na to, że może się nie domyślą, więc nie będzie złośliwości, że znowu to samo, i że który to już raz, i że wreszcie bym zmądrzał i się zaczął uczyć na własnych błędach. I może Ola będzie nie do końca zadowolona z tego, co tu napiszę, ale napiszę. Bo nie lubię tego, że się z czymś kryję, jakby to było przestępstwo.
164 jest widoczne, wprawdzie dość niewyraźnie, dokładnie tu, pod notką. 164 to jest 149+15. 15 to ubezpieczenie. 149 to koszt białego złota. I trzech diamentów o rozmiarze 0,1 karata. Koszt liczy się w Funtach. W przeliczeniu na złotówki wychodzi jakieś 919 złotych.
Jak doszło do zaręczyn? Leżeliśmy, jak już pisałem, na materacu. I gadaliśmy, jak zawsze. I w pewnym momencie Ola powiedziała, przytulając się do mnie: „Gajek, ja się z tobą ożenię. To znaczy nie tak, ja za ciebie wyjdę. Jeśli tylko mnie zechcesz”. Szok dla mnie, gdzieś taki jak wtedy, gdy powiedziała, że mnie kocha. Z 10 minut dopytywałem, czy jest świadoma tego, co właśnie powiedziała, zanim zadałem pytanie. Odpowiedziała, że przecież już nie muszę pytać. A mówiłem sobie: „tym razem kupię pierścionek i będę czekał na odpowiedni moment”. Chciałem dobrze. A wyszło jak zwykle...
Zamówiliśmy pierścionek jak dostałem pracę w Nando’sie. W Szkocji na zarobienie 919 złotych wystarczy pół tygodnia pracy, na najniższej krajowej. Niestety, nie dane nam było pracować pół tygodnia. Pierścionek leżał sobie u H. Samuela i czekał. Czekał dopóki Ola się nie zdenerwowała i nie powiedziała, że nie, i że nie wyjedziemy ze Szkocji bez pierścionka. No to wymieniliśmy Euro. I wyciągnęliśmy pieniądze od Oli z konta. I kupiliśmy ten pierścionek. Teraz, jak się rozejdziemy, to przynajmniej nie będę mógł powiedzieć „Oddawaj pierścionek!” :)
27 czerwca 2009 to była pierwsza przymiarka. Doktorek od zębów odmienił losy świata. I być może będzie wcześniej. Za rok się znaczy. No, i to jest właśnie to. Bo ja już nie pierwszy raz to mówię. Trzeci raz ustalam datę. Ale nie. Nie, bo nie ustalam. Tak, w zasadzie chyba pierwszy raz w życiu ustalamy. Moja mama dziś, tak jakby już było dla niej najzupełniej oczywiste, że jak mam dziewczynę, to się z nią żenię, mówi: „Zobaczysz, ona się jeszcze z 10 razy rozmyśli z tym ślubem”. Po pierwsze dziwne, przecież nie mówiłem mamie, że cokolwiek planujemy. A po drugie - wierzę. Wierzę, że tak się nie stanie. Że się ułoży i że będzie dobrze. Że tym razem to my to planujemy. Na serio i na poważnie, z tym typowym wariactwem.
O wizji miało być. Tak, dziś w kościele byłem (pewnie wczoraj, bo jak zamieszczę tą notkę, będzie po północy). I jak siedziałem i słuchałem Ojca Rafała jak grał na gitarze i całej tej scholi, to mi się zaczęła wizja tworzyć. To znaczy pojawiła się. To będzie koncelebra. Spora. Nie wiem, czy Ola ma jakichś znajomych księży, których by chciała zaprosić. Ale ja mam kilku. W tej wizji był Ojciec Rafał. Tylko nie jako koncelebrans. Rafał grał na gitarze. Tak, jak dzisiaj, na dziewiątą w klasztorku. Tylko nie było scholi. W zasadzie, pomyślałem, Zarębianka mu wystarczy. No i Boro ewentualnie. Tak. Zarębianka śpiewająca Ave Maria. Złapałem ją dziś po kościele. I powiedziałem, że będzie śpiewała u nas na ślubie. Że będzie musiała to zgrać z O. R. Spytała, czy Ave Maria, i zaraz zaczęła ćwiczyć. Myślę, że to będzie cudowne. To, i jakieś pieśni oazowe. Żeby było ładnie. I prawdziwie. I wzruszająco. Organista? Nie. Chyba nie będzie nam potrzebny...
Nie wiemy jeszcze kogo wybrać na świadków. Kto się najlepiej nada. Nawet ja wybieram i wybrać nie mogę. Adaś? Czy Albin? Albin czy Adaś? Ślub pobłogosławi, nie wiem, chyba Ojciec Maciek, mój ojciec duchowny z Seminarium. Miał mówić kazanie, a Rafał miał błogosławić. Ale Rafał będzie śpiewał. Kazanie powie ksiądz Marek. Tak, wiem, to jest wizja. I nie wiem, czy oni wszyscy, a także ksiądz Niemirski czy Ojciec Seba będą mogli być. Czy będą chcieli być. W Ciechanowcu jeszcze. Bo w zasadzie Ola chce jakieś egzotyczne miejsce. A ja wpadłem na ten Ciechanowiec. I tak jakoś się zgodziliśmy.
Siedziałem tak w klasztorku, popłakiwałem sobie, tęskniąco, i pomyślałem o weselu. O tych wszystkich tańcach, o żarciu do upadłego. O disco w polu, o szłach dzieweczkach, o wódce pociąganej spod stołu, bo oczywiście będzie bezalkoholowe. O tych żenujących gorzko gorzko. O „zgadnij czy to twoja żona” po obmacywaniu łydek dziesięciu wybranych kobiet. O jakichś tradycyjnych obowiązkowych tańcach z kim tam trzeba. Zestawiłem to z bielą Jej sukni. Z księdzem Markiem mówiącym kazanie. Z Zarębianką śpiewającą Ave. I pomyślałem, że co ja sobie niby myślałem, marząc o weselu?! Po co mi to? Cieszyć się z przyjaciółmi? No, to ja mogę. Tak, cieszyć się, a nie obżerać do rozpuku i zastanawiać się, jak tu ich zadowolić. Nie, moi drodzy, ja wcale nie chcę wesela. Chcę dużego, uroczystego obiadu. Może być i na 200 osób. Pewnie nie wyjdzie taniej, to znaczy nie za bardzo. Ale wyjdzie lepiej. Kulturalniej. A jak kiedyś się nam zbierze na świętowanie, można będzie świętować. Tylko trochę bardziej po Bożemu. Wesele nie może zaćmić ślubu. Nie chcemy wesela, prawda?
A skąd kasę? No i co ty myślisz, że niby studia to kiedy skończysz? A jak się dzieci pojawią nagle? A ja powtórzę to, co Zgredzik często powtarza, tylko chyba w trochę innym znaczeniu. Można sobie nawet zaśpiewać, podam wersję śpiewaną: „Szukajcie wpierw Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie wam przydane, alleluja!”
Tak. Wiem, wariackie podejście. Jak zawsze i do wszystkiego. Ja tak mam, że wariat jestem. Ale czy to znaczy, że jestem niepoważny? Że nie myślę poważnie o przyszłości? Że teraz ślub wezmę, a potem co, nikt nie wpadnie na to, co potem? Potem myślę, że rodzice pomogą. A jak nie, to znajdę sobie pracę. Ważne, tak naprawdę, by Bogu zaufać. A On nas ubierze. I da nam jeść. Tylko oddać Mu się, na zawsze. Marzę o tym. Czekać dłużej? Są ludzie, którzy po ośmiu latach narzeczeństwa zrywają ze sobą na zawsze. A są tacy, co po miesiącu w ciążę zachodzą, biorą ślub i są szczęśliwi do końca życia. Mam czekać tylko dlatego, że w moich zasadach nie leży zabieranie się za to od drugiej strony?
A to, że gadam tak po raz trzeci? Gadam. Ale tym razem nie tylko ja gadam. I tym razem zamierzamy powiedzieć rodzicom wspólnie. Żeby nie było podejrzeń, domysłów i zawodów. Żeby się za wszystko wziąć. Już sobie użyźniłem glebę. Przyszli teściowie mnie polubili. Za miesiąc powinniśmy zacząć myśleć. Jeszcze bardziej na poważnie.
To jest ten temat monotematyczności, Makoto.
No. Powiedziałem. Zaraz mi lepiej...
Dziś, czyli chwila obecna
Notka zamieszczona na chwilkę, pod wpływem rozmowy z Olą zdjęta. I dobrze, bo wiele się zmieniło. Nie wiem, czy teraz będzie mniej emocjonalnie. Może. Czy mądrzej. Pewnie tak. Z pewnością nie więcej. Tyle ile było, pewnie jeszcze mniej.
Po pierwsze 164 już nie jest widoczne. Było widoczne w czasie poprzedniego laya.
Po drugie rodzice już wiedzą. Moi podobno nareszcie, pierwszy raz w życiu, myślą o tym poważnie. Tata nadal twierdzi, że za wcześnie, ale mama ma szczerą nadzieję, że jednak tym razem się ułoży. Przed chwilą potwierdził to Adaś, podczas rozmowy na gg.
Po trzecie – rodzice Oli też zostali poinformowani. I również nie mają innego wyjścia – muszą myśleć o tym na poważnie. Nie sądzę, by byli do końca zadowoleni, ale widzę perspektywy na przyszłość i nie wyglądają jakoś masakrycznie źle. Pod warunkiem, że będziemy się uczyć :).
Wesela nadal w planach nie mamy. Choć na weselu Uli i Piotra (brata Oli) byliśmy i bawiliśmy się bardzo dobrze. Ale chcemy, by setki gości, huczna zabawa i tradycje nikomu nie potrzebne nie przesłoniły tego, co najważniejsze. Tak, w dniu naszego ślubu Ola stanie się dla mnie jeszcze bardziej najważniejsza na świecie, niż jest w tej chwili. Kiedy powiemy sobie „ślubuję ci”, zakładając sobie obrączki, pierwszy raz w życiu powiemy do siebie „żono”, „mężu”. Nie chcemy momencie, w którym staniemy się dla siebie wszystkim, udawać dobrych gospodarzy i zajmować się nagle wszystkimi, którzy są dla nas odrobinę mniej ważni.
No i co ważne – nie chcemy, by wesele przesłoniło ślub. By zabawa przesłoniła sakrament. By wśród ludzkich pomysłów zniknął gdzieś Bóg. Chcemy by wszyscy wiedzieli, że bierzemy ślub po to, aby oddać się sobie nawzajem. Wobec Boga i Kościoła. A nie po to, by się świetnie zabawić. Ani nie po to, by zebrać pieniądze na nowe mieszkanie.
I choć nadal chcę, by Zarębianka śpiewała na naszym ślubie i by ksiądz Marek powiedział kazanie, to również nie jest już takie ważne. Najważniejsze jest to, że jest Ola. I że ja od tej pory będę Oli mężem. A ona moją żoną.
Acha – a świadkiem będzie Albin. Już mu nawet o tym powiedziałem :).
Chodzimy na kurs przedmałżeński. Przygotowujemy się. Modlimy się.
Prosimy również o Waszą modlitwę. Z pewnością się przyda.
I zapraszamy :).
komentarze [9]
Indeks notek
|